W Zielone Świątki tuż po wpół do piątej zaczął się finał. My, reprezentanci Lipska, pojechaliśmy nocnym pociągiem: nasza jedenastka, trzech rezerwowych graczy, trener drużyny, dwaj panowie z zarządu. Jaki tam sypialny! Jasne, że wszyscy, także ja, wzięliśmy trzecią klasę, z wielkim trudem przecież uzbieraliśmy forsę na podróż. Nasi chłopcy bez szemrania wyciągnęli się jak dłudzy na twardych ławkach i prawie do Uelzen dali mi prawdziwy koncert chrapań.
Tak to dotarliśmy do Altony czując drogę w kościach, ale mimo to rześcy. Jak to bywało gdzie indziej, tutaj też czekał na nas zwyczajny plac ćwiczeń, przecięty nawet wysypaną żwirem dróżką. Nie pomogły protesty. Pan Behn, arbiter z Altonaer FC 93, ogrodził już liną piaszczyste, ale poza tym nienagannie równe boisko i własnoręcznie wyznaczył trocinami pole karne i linię środkową.
To, że nasi przeciwnicy, chłopaki z Pragi, mogli w ogóle wystąpić, mieli do zawdzięczenia tylko niedbalstwu panów z zarządu Karlsruher FV, którzy dali się nabrać na szpetny figiel, uwierzyli oszukańczemu telegramowi i z tego powodu nie pojechali ze swoją drużyną na mecz eliminacyjny do Saksonii. Niemiecki Związek Piłki Nożnej nie namyślając się długo desygnował do gry w finale drużynę DFC Praga. Był to zresztą pierwszy finał, jaki rozegrano, a odbył się przy przepięknej pogodzie, tak że pan Behn mógł zebrać do blaszanej miski ładną sumkę za wstęp od blisko dwóch tysięcy widzów. Wszelako pięćset marek nie wystarczyło na pokrycie wszystkich kosztów.
Zaraz na początku wpadka: przed pierwszym gwizdkiem nie było piłki. Prażanie z miejsca zaprotestowali. Ale widzowie bardziej śmiali się niż urągali. Odpowiednio wielka była radosna wrzawa, gdy w końcu futbolówka znalazła się na linii środkowej i nasi przeciwnicy z wiatrem i słońcem w plecy rozpoczęli grę. Rychło też byli pod naszą bramką, zacentrowali z lewej flanki i Raydt, nasz długi jak tyka bramkarz, z najwyższym trudem zdołał uchronić Lipsk od wczesnej utraty gola. Teraz my przeszliśmy do kontrataku, ale podania z prawej flanki były za mocne. Aż prażanom w tłoku przed naszym polem karnym udało się zdobyć bramkę, a my dopiero po serii gwałtownych ataków na połowę rywali, którzy w osobie Picka mieli niezawodnego bramkarza, wyrównaliśmy jeszcze przed przerwą.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz