sobota, 23 sierpnia 2008

To ja teraz powiem, czemu chłopy tutejsze takie jedno przezwis­ko mnie dały, z tej tylko racji, że na imię mam Berta i jestem przy kości. Mieszkać tośmy wtedy mieszkali na Kolonii. Zakłady ją postawiły, dwa kroki od roboty. Przez to cały dym na nas walił. Ale jak tylko zaczynałam urągać, bo bielizna, ledwo wyschła, już była szara jak ziemia, a dzieciaki kaszlały na okrągło, ojciec mówił: Nie ma co się żołądkować, Berta. Kto u Kruppa na akord robi, migiem w robocie być musi.
Tośmy i mieszkali przez te wszystkie lata do ostatnich czasów, choć było ciasno, bo izbę od podwórka, tę z oknem na klatki z królami, musieliśmy odstąpić dwóm samotnym, co to u nas stołowniki się nazywają, i ja nie miałam się gdzie podziać ze swoją dziewiarską maszyną, co ją sobie za moje własne oszczędności sprawiłam. Ale mój ślubny zawsze mnie mówił: Nie ma co się żołądkować, Berta. Grunt, że nam się na łeb nie leje.

Brak komentarzy: