sobota, 23 sierpnia 2008

Pod koniec listopada spaliła się do cna nasze wytwórnia przy Celler Chaussee. A szło nam pierwszorzędnie. Żebym tak zdrów był: wypluwaliśmy trzydzieści sześć tysięcy płyt dziennie. Wyrywali nam te krążki z rąk. A nasze obroty na rynku płytowym sięgnęły dwunastu milionów marek rocznie. Interes szedł nadzwyczaj dobrze, ponieważ w Hanowerze od dwóch lat tłoczyliśmy płyty zapisywane obustronnie. Takie były poza tym tylko w Ameryce. Dużo wojskowych fanfar. Mało muzyki zaspokajającej wyższe wymagania. Ale potem Rappaportowi, czyli mojej skromnej osobie, udało się namówić na nagranie Nellie Melbę, „wielką Melbę”. Z początku certowała się jak później Szalapin, który potwornie się bał, że przez to diabelstwo, jak nazywał naszą najnowszą technikę, zatraci swój miękki bas. Joseph Berliner, który ze swym bratem Emilem jeszcze przed końcem minionego wieku założył w Hanowe­rze „Die Deutsche Grammophon”, potem siedzibę firmy przeniósł do Berlina i przy kapitale zakładowym wynoszącym tylko dwadzieś­cia tysięcy marek podjął spore ryzyko, powiedział mi któregoś pięknego ranka: - Pakuj walizki, Rappaport, musisz jak najszybciej jechać do Moskwy i, nie pytaj mnie jak, przekabacić Szalapina.

Brak komentarzy: