Po zmianie stron byliśmy nie do zatrzymania. W niespełna pięć minut Stany i Riso trzykrotnie trafili do siatki, a jeszcze przed tym gradem bramek objęliśmy prowadzenie po strzale Friedricha, Stany zaś zdobył swojego pierwszego gola. Co prawda prażanie po naszym niecelnym podaniu zdołali jeszcze raz celnie strzelić, potem wszakże — jak się rzekło — myśmy docisnęli i radość była wielka. Nawet grający w pomocy pracowity Robitsek, który jednak brutalnie sfaulował naszego Stany’ego, nie potrafił powstrzymać naszych. Pan Behr udzielił Robiemu upomnienia za niesportowe zagranie, a na krótko przed końcowym gwizdkiem Riso zdobył siódmą bramkę.
Prażanie — przedtem tak wychwalani — bardzo rozczarowali, zwłaszcza w ataku. Za dużo podań do tyłu, za dużo kunktatorstwa na polu karnym. Później mówiło się, że Stany i Riso byli bohaterami dnia. Ale to nieprawda. Cała jedenastka walczyła jak jeden mąż, choć Bruno Stanischewski, u nas nazywany po prostu Stany, już wtedy dał próbkę tego, co piłkarze polskiego pochodzenia zrobili z biegiem lat dla niemieckiego futbolu. Ponieważ ja długo jeszcze pracowałem w naszym zarządzie, ostatnie lata jako skarbnik, i często bywałem na meczach wyjazdowych, widziałem też jeszcze Fritza Szepana i jego szwagra, Ernsta Kuzorrę, a więc „wirówkę” Schalke, i oglądałem wielkie triumfy tej drużyny, mogę śmiało powiedzieć: od meczu o mistrzostwo w Altonie z niemieckim futbolem było coraz lepiej, między innymi dzięki zapałowi do gry i bramkostrzelności zniemczonych Polaków.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz