sobota, 23 sierpnia 2008

Po tym zamyśleniu przerywanym kilkoma chrząknięciami Re­marque oznajmił, że jesienią czternastego — chodził jeszcze do szkoły w Osnabrück, gdy pułki ochotników wykrwawiały się pod Bixschoote i Ypres - również na nim wielkie wrażenie zrobiła legenda Langemarcku, według której na ogień angielskich karabi­nów maszynowych odpowiedziano pieśnią „Niemcy, Niemcy ponad wszystko...”. Chyba to pod jej wpływem - i za sprawą zachęt ze strony nauczycieli - niejedna klasa gimnazjalna ochot­niczo zgłosiła się na front. Co drugi przypłacił to śmiercią. A ci, co przeżyli, jak on, któremu wszelako nie dane było chodzić do gimnazjum, są po dziś dzień okaleczeni. On w każdym razie nadal czuje się „żywym trupem”.
Pan Jünger, który szkolne przeżycia kolegi-pisarza — najwidocz­niej tylko szkoła realna - skwitował lekkim uśmiechem, nazwał wprawdzie kult Langemarcku „patriotyczną bzdurą”, przyznał jednak, że już na długo przed wybuchem wojny owładnęła nim wielka tęsknota za niebezpieczeństwem, pragnienie niezwykłości - „choćby drogą do tego miała być służba we francuskiej Legii Cudzoziemskiej”: - Jak się potem zaczęło, czuliśmy się stopieni w jedno wielkie ciało. Ale nawet kiedy wojna pokazała nam swoje pazury, walka jako przeżycie wewnętrzne nie przestawała mnie fascynować do mych ostatnich dni w charakterze dowódcy oddziału szturmowego. Niech pan spokojnie przyzna, zacny Remar­que, że nawet w „Na Zachodzie bez zmian”, swoim znakomitym debiucie, opowiadał pan, nie bez wewnętrznego poruszenia, o sile żołnierskiego koleżeństwa, które sięgnęło aż po śmierć. Ta książka, odparł Remarque, nie gromadzi przeżyć osobistych, lecz skupia w sobie doświadczenie frontowe wypalonego pokolenia. - Moja służba w lazarecie była dla mnie wystarczającym źródłem.

Brak komentarzy: