Prócz zaniepokojonych depesz demonstracyjny występ nie przyniósł nic. Podczas gdy Jego Cesarska Mość wygłaszał dziarskie przemówienia, Francja i Anglia uzgodniły stanowisko wobec Egiptu i Maroka. Dla mnie cała sprawa tak czy owak była śmieszna. I podobnie śmieszne wydało mi się pojawienie w sześć lat później naszej kanonierki „Panther” pod Agadirem. Pewnie, coś takiego wywołało pomrukujący teatralny grzmot. Ale trwałe wrażenie pozostawił jedynie lśniący w blasku słońca hełm cesarza. Tutejsi kotlarze podrobili go starannie i rzucili na wszystkie targowiska. Długo jeszcze - w każdym razie dłużej niż utrzymywał się nasz Eksport-Import - w soukach Tangeru i Marrakeszu można było kupić pruskie pikielhauby w miniaturze i ponadnaturalnej wielkości jako souvenir, ale i użyteczną spluwaczkę; ja do dzisiejszego dnia używam takiego hełmu, który tkwi grotem w skrzynce z piaskiem.
Mojemu ojcu wszakże, którego nie tylko w sprawach handlowych cechowała podszyta z reguły obawą przed najgorszym dalekowzroczność i który swego syna nie bez podstaw nazywał czasem lekkoduchem, moje najzabawniejsze pomysły nie rozśmieszały, lecz coraz bardziej skłaniały do wypowiadania nie tylko przy stole zatroskanej konstatacji: - Jesteśmy okrążani, z pomocą Rosjan Brytyjczycy i Francuzi nas okrążają. - A niekiedy budził nasz niepokój dorzucanym zdaniem: - Wprawdzie cesarz umie potrząsać szabelką, ale prawdziwą politykę robią inni.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz