Doktor Willner zalecał naszym zawodnikom na wzmocnienie biocytynę i odżywkę słodową, surowe jajka i rostbef, ryż, makaron i budyń. Robi, mrukliwy odludek, za radą swego prywatnego lekarza wcinał olbrzymie porcje kawioru. Prawie wszyscy kolarze palili, pili szampana, Jacquelin do momentu wykluczenia nawet portwajn. Uważaliśmy, że mamy podstawy do przypuszczeń, iż niektórzy zagraniczni kolarze korzystali ze środków pobudzających, mniej lub bardziej niebezpiecznych toksyn. Doktor Willner podejrzewał, że były to preparaty strychninowe i kofeinowe. Sam zaobserwowałem, jak Berthet, syn milionera z czarną czupryną, leżąc w koi łapczywie żuł korzeń imbiru.
Mimo to duet Stoi — Berthet, wyprzedzony, pozostał w tyle, a Floyd Mac Farland i Jimmy Moran siódmego dnia, o godzinie dziesiątej wieczorem, odnieśli zwycięstwo. Mogli zagarnąć pięć tysięcy marek nagrody. Naturalnie nasz Willy Arend tracąc siedemnaście okrążeń zawiódł nawet swych najwierniejszych zwolenników. Natomiast welodrom, mimo że pod koniec ceny biletów podwójnie wzrosły, został wyprzedany do 21 marca. Z piętnastu par na starcie do mety dojechało tylko dziewięć. Ogłuszający aplauz po końcowym dzwonku. Aczkolwiek Stoi, ten przystojny nicpoń, zebrał specjalne brawa, to Amerykanów, gdy odbywali rundę honorową, oklaskiwano sprawiedliwie. Oczywiście lożę dworską zajmowali następca tronu i książęta Thurn und Taxis oraz inne szlachetnie urodzone osobistości. Zbzikowany na punkcie kolarstwa mecenas ufundował nawet dla naszych zawodników, Arenda i Robla, za nadrobione okrążenia pokaźne nagrody pocieszenia. Mnie Stoi podarował na pamiątkę jedną ze swoich wyrabianych w Holandii pompek. A doktor Willner uznał za godne uwagi, że w trakcie sześciodniówki mogliśmy u wszystkich zawodników stwierdzić znaczne wydalanie białka.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz