sobota, 23 sierpnia 2008

Aczkolwiek na chleb zarabiałem w poczdamskim Urzędzie Budownictwa Wodnego jako nadzorca brzegowy, pisywałem też wiersze, w których nadciągał koniec świata i śmierć zbierała swoje żniwo, byłem więc przygotowany na wszelką okropność. To się stało w połowie stycznia. Dwa lata wcześniej byłem po raz pierwszy świadkiem jego występu w kasynie Nollendorfa, gdzie w środowe wieczory spotykał się Nowy Klub z Kleiststrasse. Potem bywałem częściej, ilekroć mogłem sobie pozwolić na długi dojazd. Ja swoimi sonetami bodaj nie zwróciłem uwagi, jego natomiast nie sposób było nie dosłyszeć. Później zetknąłem się z jego siłą słowa w „Neopatetycznym Kabarecie”. Obecni byli Blass i Wolfenstein. Wiersze przeciągały hałaśliwymi kolumnami. Marsz jednostajnych monologów, który wiódł prosto na rzeź. A potem eksplodował dziecięcy olbrzym. Było tak jak przy zeszłorocznym wybuchu Krakatau. Już wtedy współpracował z „Aktion” Pfemferta, na przykład zaraz po ostatnim kryzysie marokańskim, kiedy ważyły się losy wszystkiego i mogliśmy już mieć nadzieję, że rozgorzeje walka, zamieścił wiersz „Wojna”. Mam jeszcze w uszach: „Ciała już niezliczone w trzcinie rozciągnięte, Białym całunem ptaków śmierci osłonięte...” w ogóle miał słabość do czerni i bieli, szczególnie do bieli. Nic dziwnego, że na zamarzniętej od tygodni Haweli w bez­kresnej białości dostępnej łyżwiarzom powierzchni znalazła się owa czarna, jakby czekająca na niego dziura.
Jakaż to strata! Ale czemu, zadawaliśmy sobie pytanie, „Vossica” nie zamieściła pośmiertnego wspomnienia? Tylko krótka wiado­mość: „We wtorek po południu w czasie jazdy na łyżwach referendarz doktor Georg Heym i student prawa Ernst Balcke na wysokości Kladow wpadli do przerębli wyrąbanej w pokrywie lodowej dla ptaków wodnych”.

Brak komentarzy: