sobota, 23 sierpnia 2008

Dla porządku spędziło się bokserów na placu przed bramą Chienmen, tuż przy murze, który oddziela Miasto Wewnętrzne od zwykłej części Pekinu. Byli związani warkoczami, co wyglądało śmiesznie. Potem rozstrzeliwało się ich grupami albo ścinało pojedynczo. Ale o okropnościach nie pisałem narzeczonej ani słówka, tylko o stuletnich jajkach i knedlach na parze po chińsku. Brytyjczycy i my, Niemcy, najchętniej załatwialiśmy sprawę ogniem karabinów, podczas gdy Japończycy ścinając głowy trzymali się swojej starodawnej tradycji. Ale bokserzy woleli być rozstrzeliwani, bo się bali, że zaraz będą musieli tłuc się po piekle z głową pod pachą. Poza tym nie bali się niczego. Widziałem takiego, co nim został rozstrzelany, zajadał łapczywie ciasto ryżowe maczane w syropie.
Na placu Chienmen wiał wiatr nadciągający znad pustyni i stale wzbijał żółte kłęby pyłu. Wszystko było żółte, my też. Napisałem o tym narzeczonej i wsypałem do koperty troszkę pustynnego piasku. Ponieważ jednak japońscy kaci obcinali bokserom, bardzo młodym chłopakom jak my, warkocze, żeby zadać czysty cios, na placu często leżały w pyle kupki poobcinanych chińskich warkoczy. Wziąłem sobie jeden taki i na pamiątkę wysłałem do domu. Po powrocie do kraju nosiłem go w karnawale ku powszechnej uciesze, póki moja narzeczona nie spaliła gościńca z Chin. - Takie coś duchy do domu sprowadza —powiedziała Resi na dwa dni przed naszym ślubem.
Ale to już inna historia.


1901

Kto szuka, ten znajdzie. Ja tam zawsze grzebałem w rupieciach. Przy Chamissoplatz, i to u handlarza, który czarno-białym szyldem sklepowym obiecywał starocie - pośród jego tandety cenne okazy były ukryte bardzo głęboko, moje zaciekawienie jednak budziły też różne osobliwości - pod koniec lat pięćdziesiątych odkryłem trzy związane sznurkiem widokówki, z lśniącymi matowo motywami meczetu, kościoła Świętego Grobu i Ściany Płaczu. Ostemplowane w styczniu czterdziestego piątego w Jerozolimie były wysłane do niejakiego doktora Benna z adresem w Berlinie, ale poczcie w ostatnich miesiącach wojny nie udało się - co poświadcza pieczątka - odnaleźć adresata w ruinach miasta. Szczęście, że skarbnica Kurcika Mühlenhaupta w dzielnicy Kreuzberg udzieliła im schronienia.
Tekst przetykany postaciami ludzików i ogonami komety, a ciąg­nący się przez wszystkie trzy pocztówki, dawał się odszyfrować jedynie z wielkim trudem i brzmiał tak: Jakże to czas staje na głowie! Dzisiaj, pierwszego z marcowych dni, kiedy to rozkwitłe dopiero co stulecie na sztywnych nogach paraduje z jedynką, a Ty, mój barbarzyńca i tygrys, łakniesz mięsa w dalekich dżunglach, mój ojciec Schüler wziął mnie swą sowizdrzalską ręką, aby ze mną i moim szklanym sercem udać się na dziewiczą przejażdżkę koleją wiszącą z Barmen do Elberfeld. Ponad czarną Wupper! Stalowy tysiąconogi smok wije się i wygina mając pod sobą rzekę, którą wierni Biblii farbiarze za niewielką opłatą zaczerniają popłuczynami po swoich atramentach. I wciąż statek-pociąg z potężnym łoskotem mknie w przestworzach, a tymczasem smok kroczy na ciężkich pierścieniowatych nogach. Ach, gdybyś Ty, mój Giselherze, z które­go słodkich ust tyle błogości przejmowało mnie dreszczem, mógł ze mną, Twoją Sulamitką - a może powinnam być księciem Jussufem?
- tak się unosić nad rzeką zmarłych Styksem, który jest inną Wupper - aż byśmy spadając zgaśli odmłodzeni zespoleni. Ale nie, ja przecież jestem ocalona na świętej ziemi i żyję cała przyrzeczona Mesjaszowi, podczas gdy Ty pozostajesz stracony, sprzeniewierzo­ny mi, zdrajca o nieczułej twarzy, barbarzyńca, którym jesteś. Jakiż ból! Widzisz czarnego łabędzia na czarnej Wupper? Słyszysz moją pieśń, żałośnie nastrojoną na błękitnym fortepianie? - Ale musimy już wysiąść, mówi Schüler do swojej Elzy. Ja na ziemi byłam przeważnie posłusznym dzieckiem...”
Wiadomo wprawdzie, że w dniu uroczystego oddania do użytku pierwszego, czteroipółkilometrowego odcinka wuppertalskiej kolei wiszącej Elsa Schüler nie była dzieckiem, miała natomiast dobrą trzydziestkę, była zamężna za Bertholdem Laskerem i od dwóch lat matką syna, ale wiek zawsze poddawał się jej pragnieniom, wobec czego trzy znaki życia z Jerozolimy, adresowane do doktora Benna, ofrankowane i wysłane na krótko przed jej śmiercią, i tak wiedziały wszystko lepiej.

Nie targowałem się długo, zapłaciłem za ponownie związane sznurkiem widokówki amatorską cenę, a Kurcik Mühlenhaupt, którego rupiecie zawsze były czymś szczególnym, mrugnął do mnie porozumiewawczo.

Ona - Else Lasker-Schüler (1869—1945), poetka, nowelistka i powieściopisar­ka, barwna postać berlińskiego świata literackiego. Urodzona w zamożnej rodzinie żydowskiej w Elberfeld, zmarła na emigracji w Jerozolimie. W Polsce jej wiersze ukazały się w zbiorach: „Gwiazdy Tartaru”, „Ballady hebrajskie i inne wiersze” oraz „Poezje”.
On — Gottfried Benn (1886-1956), poeta, eseista i lekarz. Przez krótki czas zafascynowany ideami narodowego socjalizmu, później dystansował się od polityki reżimu hitlerowskiego, po wojnie obłożony zakazem druku. Uważany za jedną z najważniejszych postaci dwudziestowiecznej poezji. Utwory Benna ukazały się w polskim przekładzie w tomie „Poezje wybrane”.
Kolej wisząca między Elberleld a Barmen (z połączenia tych dwóch miast powstał dzisiejszy Wuppertal) uchodziła w roku 1901 za jeden z cudów techniki. (Przyp. tłum.)

Brak komentarzy: