Nic więcej. Ale w zasadzie było to zgodne z prawdą: myśmy ze Schwanenwerder spostrzegli wypadek. Ja z Urzędu Budownictwa Wodnego i mój asystent udaliśmy się z kilkoma łyżwiarzami w niebezpieczne miejsce, znaleźliśmy jednak tylko, jak się później okazało, laskę Heyma z elegancko ozdobioną gałką i jego rękawiczki. Chyba chciał pomóc tonącemu przyjacielowi i przy tym również dostał się pod lód. A może Balcke pociągnął go za sobą. Może obaj rozmyślnie szukali śmierci.
Ponadto w „Vossicy”, jak gdyby to było ważne, napisali, że był synem prokuratora wojskowego w stanie spoczynku Heyma, zamieszkałego w Charlottenburgu, Königsweg 31. Ojciec studenta, który się utopił, był bankierem. Ale nic, ani słowa o tym, co mogło skusić obu młodych ludzi do umyślnego zboczenia z oznakowanej wiązkami słomy i żerdziami trasy łyżwiarskiej, którą wolno było uważać za bezpieczną. Nic o wewnętrznych perturbacjach naszego już wówczas straconego pokolenia. Nic o wierszach Heyma. Bądź co bądź opublikował go młody wydawca nazwiskiem Rowohlt. Wkrótce miały się ukazać jego opowiadania. Tylko w „Berliner Tagblatt”, w uzupełnieniu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku, znalazła się wzmianka, że zmarły tragicznie referendarz występował też na forum literackim i jakiś czas temu ogłosił tom wierszy, „Wieczny dzień”. Pojawiły się w nich ślady pięknego talentu. Ślady! To po prostu śmieszne.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz