sobota, 23 sierpnia 2008

W naszej rodzinie taki jest zwyczaj: ojciec bierze syna ze sobą. Już mój dziadek, który pracował na kolei i należał do związku, brał ze sobą swojego pierworodnego, kiedy na Hasenheide znów przemawiał Wilhelm Liebknecht. A mój ojciec, też kolejarz i towa­rzysz, z tych wielkich wieców, które póki rządził Bismarck, były zakazane, wprost wbijał mi do głowy poniekąd prorocze zdanie: „Aneksja Alzacji i Lotaryngii nie przyniesie nam pokoju, tylko wojnę!”
Teraz to on brał mnie ze sobą, dziewięcio- czy dziesięcioletniego szczeniaka, kiedy syn Wilhelma, towarzysz Karl Liebknecht, prze­mawiał albo pod gołym niebem, albo, jeśli było to zakazane, w zadymionych gospodach. Jeździł też ze mną do Spandau, bo Liebknecht tam kandydował w wyborach. A w roku dziewięćset piątym, ponieważ ojcu jako maszyniście przysługiwały darmowe bilety, dane mi nawet było pojechać koleją do Lipska, bo w Skalnej Piwnicy w Plagwitz Karl Liebknecht mówił o wielkim strajku w Zagłębiu Ruhry, o którym głośno było wtedy we wszystkich gazetach. Ale on gadał nie tylko o górnikach i agitował nie tylko przeciwko pruskim posiadaczom ziemskim i magnatom przemys­łowym, lecz głównie i wręcz proroczo rozwodził się nad strajkiem generalnym jako przyszłym sposobem walki proletariackich mas. Mówił swobodnie, sypiąc słowami jak z rękawa. I już był przy rewolucji w Rosji i przy splamionym krwią caracie.
W trakcie przemówienia raz po raz zrywały się oklaski. A na koniec jednogłośnie przyjęto rezolucję, w której zebrani - ojciec mówił, że na pewno było ich ponad dwa tysiące — solidaryzowali się z bohaterskimi bojownikami w Zagłębiu Ruhry i w Rosji.

Brak komentarzy: