Powróciwszy do Hamburga byłem jednym z wielu mężczyzn w słomkowych kapeluszach, którzy tłoczyli się na uroczystym otwarciu tunelu pod Łabą. Z Kantoru Handlowego do Dzielnicy Spichrzów, z sądu do kancelarii adwokackiej podążaliśmy w naszych krajzegach i wymachiwaliśmy nimi, gdy największy statek świata, północnoatlantycki szybki parowiec „Imperator”, wypływał z portu w dziewiczy rejs.
Dosyć często nadarzała się okazja do wymachiwania kapeluszem. A potem, gdy pod rękę z pastorską córką, która wyszła później za weterynarza, przechadzałem się — już nie pamiętam, na wiosnę czy jesienią - brzegiem Łaby pod Blankenese, powiew wiatru porwał leciutką ozdobę mojej głowy. Kapelusz toczył się, szybował. Na próżno biegłem za nim. Widziałem, jak dryfuje w dół rzeki, byłem niepocieszony, mimo że Elisabeth, którą przez krótki czas kochałem, bardzo się mną zajmowała.
Dopiero po awansie na referendarza, a potem na asesora mogłem sobie pozwolić na słomkowe kapelusze lepszej jakości, takie z nazwą firmy kapeluszniczej wytłoczoną na taśmie chroniącej od potu. Utrzymywały się w modzie, aż wiele tysięcy mężczyzn w słomkowych kapeluszach w małych i dużych miastach - ja w Schwerinie pracując w sądzie okręgowym - gromadziło się wokół żandarma, który na ulicy, czytając z kartki, w imieniu Jego Cesarskiej Mości ogłaszał nam w dzień późnego lata wybuch wojny. Na to wielu rzucało swoje krajzegi w powietrze, czuło się wyzwolonymi od nudnego cywilnego życia i dobrowolnie - niejeden ostatecznie — zamieniło błyszczące żółtością kaczeńców słomkowe kapelusze na szarozielone hełmy zwane pikielhaubami.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz