sobota, 23 sierpnia 2008

Żebym tak zdrów był! Wsiadłem w najbliższy pociąg, nie pakując się długo, wziąłem jednak ze sobą nasze pierwsze płyty szelakowe, tez nagraniem Melby niejako w charakterze gościńca. Co to była za podróż! Znacie państwo restaurację Jar? Wyśmienita! Zrobiła się z tego długa noc w chambre separee. Z początku piliśmy tylko wódkę ze szklanek, aż w końcu Fiodor przeżegnał się i zaczął śpiewać. Nie, nie ten swój popisowy numer z „Borysa Codunowa”, tylko same pobożne kawałki, którymi grzmią przepastnie głębokie basy mnichów. Potem przeszliśmy na szampana. Ale dopiero nad ranem Szalapin płacząc i żegnając się ciągle znakiem krzyża
podpisał. Ponieważ ja od dziecka kuleję, on, kiedy nalegałem na złożenie podpisu, widział chyba we mnie diabła. A do podpisania doszło tylko dlatego, że pozyskaliśmy już wcześniej wielkiego tenora Sobinowa i mogłem przedłożyć jego umowę niejako na wzór. W każdym razie Szalapin stał się naszą pierwszą prawdziwą gwiazdą płytową.
Odtąd przychodzili wszyscy: Leo Slezak, Alessandro Moreschi, którego nagraliśmy na płytę jako ostatniego kastrata. A potem w hotelu di Milano - nie do wiary, wiem, bo piętro wyżej od pokoju, w którym umarł Verdi - udało mi się doprowadzić do pierwszych nagrań - dziesięć arii! - Enrica Caruso. Niebawem śpiewała dla nas także Adelina Patti i Bóg wie kto jeszcze. Dostarczaliśmy płyty do wszystkich krajów. Do naszych stałych klientów należały domy królewskie Anglii i Hiszpanii. Co się tyczy banku Rothschilda w Paryżu, to Rappaport zdołał nawet paroma fortelami odstawić jego amerykańskiego dostawcę. Mimo to dla mnie jako sprzedawcy płyt jasne było, że nie wolno nam stawiać na ekskluzywność, bo liczy się tylko masa, i że musimy się zdecentralizować, aby z dalszymi wytwórniami w Barcelonie, Wiedniu i - żebym tak zdrów był! — Kalkucie utrzymać się na światowym rynku. Dlatego pożar w Hanowerze nie był zupełną katastrofą. Ale zmartwił nas, bo przy Celler Chaussee bardzo skromnie zaczynaliśmy z braćmi Ber-linerami. Wprawdzie oni obaj byli geniuszami, a ja tylko sprzedawcą płyt, ale Rappaport zawsze wiedział: dzięki płycie i gramofonowi świat wymyśla się na nowo. Mimo to Szalapin długo jeszcze żegnał się iks razy przed każdym nagraniem.

Brak komentarzy: