sobota, 23 sierpnia 2008

Chyba nawet trzy tysiące tłoczyły się w Skalnej Piwnicy. Ja przecież widziałem więcej niż ojciec, jako że posadził mnie sobie na
ramionach, jak to czynił już jego ojciec, kiedy Wilhelm Liebknecht albo towarzysz Bebel mówili o sytuacji klasy robotniczej. Taki był u nas zwyczaj. W każdym razie będąc szczeniakiem zawsze nie tylko widziałem, ale i słyszałem towarzysza Liebknechta z wysoka, poniekąd z górującej nad otoczeniem czatowni. Był wiecowym mówcą. Nigdy nie brakło mu słów. Szczególnie lubił agitować młodzież. Na świeżym powietrzu słyszałem, jak wołał ponad głowami wielu tysięcy: „Kto ma młodzież, ten ma armię!” Co przecież było też prorocze. W każdym razie siedząc na ramionach ojca wręcz się przestraszyłem, kiedy wrzasnął na nas: „Militaryzm to brutalny oprawca i zbroczony krwią szaniec obrony kapitalizmu!”
Bo pamiętam jak dziś, że napędził mi wręcz okropnego stracha mówiąc o wrogu wewnętrznym, którego trzeba zwalczać. Praw­dopodobnie z tego powodu tak gwałtownie zachciało mi się siusiu, że wierciłem się na ojcowskich ramionach i wierciłem. Ale ojciec nie zauważył, co się ze mną działo, ponieważ był rozentuzjazmowany. A ja w swojej czatowni nie mogłem dłużej się wstrzymywać. I stało się to w roku dziewięćset siódmym, że przez spodnie z klapą obsiusiałem ojcowski kark. Wkrótce potem towarzysz Liebknecht został aresztowany i musiał, skazany przez Sąd Najwyższy Rzeszy za broszurę wzywającą do walki z militaryzmem, odsiedzieć cały rok, 1908, i dłużej, w kłodzkiej twierdzy.
Natomiast mój ojciec po tym, jak w najwyższej potrzebie zlałem mu się na plecy, zdjął mnie ze swoich ramion i podczas wiecu, podczas gdy towarzysz Liebknecht jeszcze agitował młodzież, spuścił mi tęgie lanie, tak że długo jeszcze czułem jego rękę. I dlatego, tylko dlatego, później, kiedy wreszcie się zaczęło, poleciałem do komendy rejonowej, zgłosiłem się na ochotnika, zostałem nawet odznaczony za odwagę i dwukrotnie ranny pod Arras i pod Verdun awansowałem na podoficera, chociaż zawsze, nawet jako dowódca oddziału szturmowego we Flandrii, byłem pewien, że towarzysz Liebknecht, którego później, dużo później zastrzeliło kilku kamratów z Freikorpusu, podobnie jak towarzyszkę Różę, i jedno z ciał wrzuciło nawet do Kanału Landwehry, agitując młodzież miał po stokroć rację.

Brak komentarzy: