sobota, 23 sierpnia 2008

My z Urzędu Budownictwa Wodnego uczestniczyliśmy w wydo­bywaniu ciała. Wprawdzie moi koledzy pokpiwali, kiedy powiedzia­łem, że jego wiersze są „strasznie wielkie”, i zacytowałem coś z najnowszych utworów młodego Heyma — „Ludzie na ulicach stają obok siebie, Patrzą na wielkie znaki na niebie” — lecz mimo to niezmordowanie rozbijali lód na Haweli i przeszukiwali dno tak zwanymi kotwicami śmierci. W ten sposób go znaleziono. A ja, zaraz po powrocie do Poczdamu, napisałem dedykowany Heymowi wiersz pod tytułem „Kotwica śmierci”, który Pfemfert chciał właśnie wydrukować, potem jednak odesłał mi z wyrazami ubolewania.
Młodszego o rok Balckego, o czym nie omieszkała donieść „Kreuzzeitung”, dryfującego w Haweli wypatrzył przez lód jeden z rybaków. Wykuł przerębel i wyciągnął zwłoki bosakiem. Balcke wyglądał spokojnie. Heym natomiast podkurczył nogi, całkiem jak embrion. Skulony, twarz wykrzywiona, pokaleczone dłonie. Z oby­dwiema łyżwami przymocowanymi do stóp leżał na stwardniałym
lodzie. Tylko z pozoru krzepkie chłopisko. Człowiek rozdzierany przez różnorodne pragnienia. On, który żywił odrazę do wszyst­kiego, co wojskowe, jeszcze przed paru tygodniami ubiegał się jako ochotnik o przyjęcie do alzackiego pułku piechoty w Metzu. Zarazem pełen był planów zwróconych w innym kierunku. Chciał, jak wiem, pisać dramaty...

Brak komentarzy: