sobota, 23 sierpnia 2008

Ponieważ drogę do szpitala Urbana przemierzałem codziennie na rowerze i w ogóle uchodziłem za entuzjastę kolarstwa, zostałem asystentem doktora Willnera na sześciodniówce, która odbywała się na zimowym welodromie koło Ogrodu Zoologicznego, zresztą po raz pierwszy nie tylko w Berlinie i Rzeszy, lecz zgoła w Europie. Tylko w Ameryce znano tę męczarnię już od kilku lat, bo tam wszystko, co niebywałe, tak czy owak przyciąga publiczność. Dlatego też nowojorskich zwycięzców z ostatniego sezonu, Floyda Mac Farlanda i Jimmy1 ego Morana, uważano za faworytów. Szkoda, że niemieckiemu kolarzowi Rüttowi, który dwa lata temu z holen­derskim partnerem Stołem wygrał amerykański wyścig, nie dane było wystąpić w Berlinie. Uznany w Rzeszy za dezertera i zagrożony odpowiednią karą, nie mógł ryzykować przyjazdu do ojczyzny. Ale Stoi, ten przystojny nicpoń, wyjechał na tor i wkrótce stał się ulubieńcem publiczności. Ja naturalnie miałem nadzieję, ze Robi, Stellbrink i nasz kolarski as, Willy Arend, będą reprezentować niemieckie barwy ze wszystkich sił.
Bez przerwy, to znaczy dwadzieścia cztery godziny na dobę, doktor Willner kierował punktem lekarskim na sześciodniówce. Również my, jak kolarze, zajęliśmy prycze do spania wielkości kurnika, sklecone pod podłużną ścianą hali, tuż obok małego warsztatu mechaników i w jakiejś mierze izolowanego ośrodka opieki medycznej. A mieliśmy co robić. Już pierwszego dnia wyścigu upadł Poulain i przewracając się pociągnął za sobą naszego Willy’ego Arenda. Za obu, którzy musieli opuścić kilka okrążeń, pojechali Georget i Rosenlöcher, ten ostatni był później zmuszony wycofać się z powodu wyczerpania.

Brak komentarzy: