Starsi panowie co prawda nie zaczęli się teraz spierać, ale przywiązywali dużą wagę do tego, że w sprawach wojny mają różne zdania, reprezentują przeciwstawne style i w ogóle wywodzą się z odmiennych obozów. Jeśli jeden w dalszym ciągu uważał się za „niepoprawnego pacyfistę”, to drugi chciał, żeby mieć go za „anarcha”.
- Ach, co tam! - zawołał Remarque. - Przecież pan w swoich „Stalowych burzach” jak łobuziak aż po ostatnią ofensywę Ludendorffa szukał przygód. Lekkomyślnie potrafił pan skrzyknąć oddział szturmowy, żeby dla krwawej przyjemności naprędce wziąć jednego, dwóch jeńców, a przy okazji być może zdobyć buteleczkę koniaku... - Potem jednak przyznał, że kolega Jünger w swoim dzienniku po części trafnie opisywał trwanie w okopach, wojnę pozycyjną, w ogóle charakter bitwy wyniszczającej.
Pod koniec naszej pierwszej rozmowy — panowie opróżnili dwie butelki czerwonego wina - Jünger powrócił jeszcze do Flandrii: - Kiedy w dwa i pół roku później okopywaliśmy się na odcinku frontu pod Langemarck, natknęliśmy się na karabiny, pasy i łuski nabojów z roku czternastego. Trafiały się nawet pikielhauby, w których ochotnicy w sile pułku wyruszali wówczas na wojnę...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz