Po dłuższym spacerze bulwarem wzdłuż Limmatu, koło domu Pod Kopułą i potem promenadą nad brzegiem Jeziora Zuryskiego - i po zarządzonej przeze mnie przerwie na odpoczynek, wykorzystanej przez obu panów, jak się zdaje, zgodnie z przeznaczeniem - na zaproszenie pana Remarque’a, który dzięki temu, że jego powieści zostały sfilmowane, zaliczał się widać do autorów zamożnych, poszliśmy na kolację do Kronenhalle, solidnej restauracji z artystyczną atmosferą: na ścianach wiszą tam, będący własnością lokalu, prawdziwi impresjoniści, ale też Matisse, Braque, nawet Picasso. Zjedliśmy filet z siei, po nim rösti z cielęcym ragout, a na zakończenie panowie wzięli espresso i armagnac, ja zaś porwałam się na o wiele za potężną porcję mousse au chocolat, z którą długo się jeszcze biedziłam...
Skoro stolik został prawie ze wszystkiego uprzątnięty, moje pytania koncentrowały się na wojnie pozycyjnej na froncie zachodnim. Obaj panowie nie musieli odwoływać się do swoich książek, by opowiadać o wielodniowym obustronnym huraganowym ogniu, który czasem dawał się we znaki również własnym pozycjom. Udzielali informacji o rozgałęzionych systemach okopów z szańcami bocznymi, przedpiersiem i zapleczem, o podkopach, krytych ziemią schronach, wystopniowanych głęboko w ziemi sztolniach, podziemnych chodnikach, doprowadzonych tuż do nieprzyjacielskich linii stanowiskach podsłuchowych i minerskich, plątaninie zasieków z drutu kolczastego, ale także o zasypanych, zatopionych transzejach i schronach. Ich doświadczenia tchnęły autentyzmem, aczkolwiek Remarque zastrzegał się, że brał udział tylko w kopaniu szańców: - Nie walczyłem w okopach, ale widziałem, co po tych halkach zostało.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz