Ale bez względu na to, czy chodziło o szańcowanie, fasowanie jedzenia czy nocne przeciąganie przewodów, można było wyciągnąć od nich każdy szczegół. Wspominali precyzyjnie i bardzo rzadko gubili się obaj w anegdotach, na przykład w rozmówkach, jakie Jünger z wysuniętego naprzód podkopu ucinał sobie z oddalonym ledwie o trzydzieści metrów „Tommym” albo „Francem”, polegając na wyniesionej ze szkoły znajomości obcych języków. W trakcie dwóch opisywanych ataków i kontrataków ogarnęło mnie uczucie, że byłam ich naocznym świadkiem. Następnie mówiło się o angielskich minach kulistych i ich działaniu, o tak zwanych „grzechotkach”, minach butelkowych, szrapnelach, o niewypałach i ciężkich granatach z zapalnikami uderzeniowymi, natychmiastowymi i opóźnionymi, oraz o dźwiękach zbliżających się pocisków różnego kalibru.
Obaj panowie umieli naśladować poszczególne głosy tego rodzaju zatrważających koncertów zwanych „zaporą ogniową”. Musiało to być piekło. - A przecież - stwierdził pan Jünger - w nas wszystkich było coś, co podkreślało i uduchawiało brutalność wojny, była rzeczowa radość z niebezpieczeństwa, rycerski pęd do zwycięstwa w walce. Ba, mogę powiedzieć, że z biegiem lat ogień tej permanentnej bitwy wytapiał coraz czystsze, coraz odważniejsze żołnierstwo...
Pan Remarque zaśmiał się swemu vis-á-vis prosto w oczy: - E tam, Jünger! Co to za podniosłe gadanie. Ci frontowcy w za dużych buciorach i ze zmartwiałym sercem byli do szpiku kości zezwierzęceni. Być może już nie bardzo wiedzieli, co to jest lęk. Ale śmiertelny strach był wciąż obecny. Co oni umieli? Rżnąć w karty, przeklinać, wyobrażać sobie rozkraczone kobiety i prowadzić wojnę, a więc mordować na rozkaz. Mieli też specjalistyczną wiedzę: potrafili rozmawiać o wyższości saperki nad bagnetem, bo saperką można było nie tylko pchnąć pod brodę, ale i uderzyć z całej siły, choćby skosem między szyję a bark. Takie uderzenie łatwo dochodzi do klatki piersiowej, podczas gdy bagnet często grzązł między żebrami i trzeba było kopnąć w brzuch, żeby go wyciągnąć...
sobota, 23 sierpnia 2008
Po dłuższym spacerze bulwarem wzdłuż Limmatu, koło domu Pod Kopułą i potem promenadą nad brzegiem Jeziora Zuryskiego - i po zarządzonej przeze mnie przerwie na odpoczynek, wykorzystanej przez obu panów, jak się zdaje, zgodnie z przeznaczeniem - na zaproszenie pana Remarque’a, który dzięki temu, że jego powieści zostały sfilmowane, zaliczał się widać do autorów zamożnych, poszliśmy na kolację do Kronenhalle, solidnej restauracji z artystyczną atmosferą: na ścianach wiszą tam, będący własnością lokalu, prawdziwi impresjoniści, ale też Matisse, Braque, nawet Picasso. Zjedliśmy filet z siei, po nim rösti z cielęcym ragout, a na zakończenie panowie wzięli espresso i armagnac, ja zaś porwałam się na o wiele za potężną porcję mousse au chocolat, z którą długo się jeszcze biedziłam...
Skoro stolik został prawie ze wszystkiego uprzątnięty, moje pytania koncentrowały się na wojnie pozycyjnej na froncie zachodnim. Obaj panowie nie musieli odwoływać się do swoich książek, by opowiadać o wielodniowym obustronnym huraganowym ogniu, który czasem dawał się we znaki również własnym pozycjom. Udzielali informacji o rozgałęzionych systemach okopów z szańcami bocznymi, przedpiersiem i zapleczem, o podkopach, krytych ziemią schronach, wystopniowanych głęboko w ziemi sztolniach, podziemnych chodnikach, doprowadzonych tuż do nieprzyjacielskich linii stanowiskach podsłuchowych i minerskich, plątaninie zasieków z drutu kolczastego, ale także o zasypanych, zatopionych transzejach i schronach. Ich doświadczenia tchnęły autentyzmem, aczkolwiek Remarque zastrzegał się, że brał udział tylko w kopaniu szańców: - Nie walczyłem w okopach, ale widziałem, co po tych halkach zostało.
Skoro stolik został prawie ze wszystkiego uprzątnięty, moje pytania koncentrowały się na wojnie pozycyjnej na froncie zachodnim. Obaj panowie nie musieli odwoływać się do swoich książek, by opowiadać o wielodniowym obustronnym huraganowym ogniu, który czasem dawał się we znaki również własnym pozycjom. Udzielali informacji o rozgałęzionych systemach okopów z szańcami bocznymi, przedpiersiem i zapleczem, o podkopach, krytych ziemią schronach, wystopniowanych głęboko w ziemi sztolniach, podziemnych chodnikach, doprowadzonych tuż do nieprzyjacielskich linii stanowiskach podsłuchowych i minerskich, plątaninie zasieków z drutu kolczastego, ale także o zasypanych, zatopionych transzejach i schronach. Ich doświadczenia tchnęły autentyzmem, aczkolwiek Remarque zastrzegał się, że brał udział tylko w kopaniu szańców: - Nie walczyłem w okopach, ale widziałem, co po tych halkach zostało.
Potem zwrócił się wprost do mnie: - Również hełm szwajcarski używany po dziś dzień przez wasze wojsko jest, mimo zmienionego kształtu, wzorowany na naszym stalowym hełmie łącznie z umieszczonymi dla celów wentylacyjnych nitami rozpierającymi.
Nie zareagował na moją ripostę: - Na szczęście naszego hełmu nie trzeba było wypróbowywać w tak elokwentnie wysławianych przez pana bitwach wyniszczających — i zasypał milczącego ostentacyjnie Remarque’a dalszymi szczegółami: od zabezpieczenia przeciwko korozji metodą szarozielonego matowienia po wystający ochraniacz karku i wyściółkę z końskiego włosia lub pikowanego filcu. Potem narzekał na dające się we znaki żołnierzom w okopach ograniczenie widoczności, ponieważ wysunięty przód miał osłaniać twarz aż po czubek nosa. — No, sam pan rozumie, że w akcjach szturmowych to ciężkie nakrycie głowy niezwykle mi zawadzało. Wolałem, prawda, że lekkomyślnie, swoją wysłużoną czapkę podporucznika, miała zresztą jedwabną podszewkę. — Następnie przypomniało mu się jeszcze coś, jak powiedział, zabawnego: - Nawiasem mówiąc na moim biurku w charakterze pamiątki leży zupełnie inny w kształcie, całkiem płaski hełm angielski, naturalnie przestrzelony.
Po dłuższej pauzie - panowie pili teraz do czarnej kawy po kieliszku pflümli - odezwał się Remarque: - Stalowe hełmy M 16, później M 17 były o wiele za duże dla odwodów, które składały się ze słabo wyszkolonych rekrutów. Ciągle się zsuwały. Z twarzy tych dzieciaków było widać tylko lękliwe usta, drżący podbródek. Było to śmieszne i zarazem żałosne. A o tym, że zwykłe pociski strzeleckie i nawet mniejsze szrapnele mimo wszystko przebijały stal, nie muszę chyba panu mówić...
Zażądał kolejnego pflümli. Jünger dotrzymywał mu kroku. Dla mnie, „dziewczęcia”, zamówili drugą szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego.
Nie zareagował na moją ripostę: - Na szczęście naszego hełmu nie trzeba było wypróbowywać w tak elokwentnie wysławianych przez pana bitwach wyniszczających — i zasypał milczącego ostentacyjnie Remarque’a dalszymi szczegółami: od zabezpieczenia przeciwko korozji metodą szarozielonego matowienia po wystający ochraniacz karku i wyściółkę z końskiego włosia lub pikowanego filcu. Potem narzekał na dające się we znaki żołnierzom w okopach ograniczenie widoczności, ponieważ wysunięty przód miał osłaniać twarz aż po czubek nosa. — No, sam pan rozumie, że w akcjach szturmowych to ciężkie nakrycie głowy niezwykle mi zawadzało. Wolałem, prawda, że lekkomyślnie, swoją wysłużoną czapkę podporucznika, miała zresztą jedwabną podszewkę. — Następnie przypomniało mu się jeszcze coś, jak powiedział, zabawnego: - Nawiasem mówiąc na moim biurku w charakterze pamiątki leży zupełnie inny w kształcie, całkiem płaski hełm angielski, naturalnie przestrzelony.
Po dłuższej pauzie - panowie pili teraz do czarnej kawy po kieliszku pflümli - odezwał się Remarque: - Stalowe hełmy M 16, później M 17 były o wiele za duże dla odwodów, które składały się ze słabo wyszkolonych rekrutów. Ciągle się zsuwały. Z twarzy tych dzieciaków było widać tylko lękliwe usta, drżący podbródek. Było to śmieszne i zarazem żałosne. A o tym, że zwykłe pociski strzeleckie i nawet mniejsze szrapnele mimo wszystko przebijały stal, nie muszę chyba panu mówić...
Zażądał kolejnego pflümli. Jünger dotrzymywał mu kroku. Dla mnie, „dziewczęcia”, zamówili drugą szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego.
Nasze następne spotkanie odbyło się w „Odeonie”, owej szacownej kawiarni, w której już Lenin, przed wyruszeniem w podróż do Rosji pod zapewnioną mu przez Rzeszę Niemiecką eskortą, czytywał „Neue Zürcher Zeitung” i inne dzienniki, po kryjomu planując rewolucję. My natomiast nie wybiegaliśmy w przyszłość, lecz byliśmy nastawieni na czas miniony. Najpierw jednak moi panowie nalegali, żeby posiedzenie rozpocząć od śniadania z szampanem. Mnie pozwolili na sok pomarańczowy.
Między rogalikami a półmiskiem serów niczym dowody rzeczowe leżały na marmurowym stoliku obie gorąco niegdyś dyskutowane książki: wszelako „Na zachodzie bez zmian” rozeszło się w dużo większym nakładzie niż „W stalowych burzach”. - To prawda - powiedział Remarque - moja książka rzeczywiście chwyciła. Ale po trzydziestym trzecim, kiedy została publicznie spalona, na dobre dwanaście lat zniknęła z niemieckich księgarń, urwało mi się też z przekładami, podczas gdy pański hymn na cześć wojny oczywiście przez cały czas bez trudu docierał do czytelników.
Jünger nie na to nie odrzekł. Dopiero gdy spróbowałam naprowadzić rozmowę na walkę w okopach we Flandrii i na kredowych terenach Szampanii, położyłam także na uprzątniętym już śniadaniowym stoliku wycinki map objętych walkami rejonów, to on, nim przeszedł do ofensywy i kontrofensywy nad Sommą, podsunął temat do dyskusji, od której nie dało się już odejść: - Tę nędzną pikielhaubę, której pan, mój szanowny Remarque, nie musiał już nosić, na naszym odcinku frontu od czerwca piętnastego zastępowano stalowym hełmem. Były to hełmy próbne, skonstruowane - po kilku chybionych projektach - przez kapitana artylerii nazwiskiem Schwerd we współzawodnictwie z Francuzami, którzy również zaczęli wprowadzać hełmy ze stali. Jako że Krupp nie mógł wyprodukować odpowiedniego stopu stali chromowej, zamówienie przypadło innym firmom, wśród nich hucie w Thale. Od lutego szesnastego stalowy hełm był w użyciu na wszystkich odcinkach frontu. Wojska pod Verdun i nad Sommą zostały zaopatrzone w pierwszej kolejności, najdłużej musiał czekać front wschodni. Nie ma pan pojęcia, zacny Remarque, jaką daninę krwi, szczególnie w wojnie pozycyjnej, musieliśmy złożyć przez tę nic nie wartą skórzaną czapę, którą zastępczo, ponieważ brakowało skóry, wytłaczano z filcu. Każdy strzał z karabinu to o jednego żołnierza mniej, każdy odłameczek przebijał na wylot.
Między rogalikami a półmiskiem serów niczym dowody rzeczowe leżały na marmurowym stoliku obie gorąco niegdyś dyskutowane książki: wszelako „Na zachodzie bez zmian” rozeszło się w dużo większym nakładzie niż „W stalowych burzach”. - To prawda - powiedział Remarque - moja książka rzeczywiście chwyciła. Ale po trzydziestym trzecim, kiedy została publicznie spalona, na dobre dwanaście lat zniknęła z niemieckich księgarń, urwało mi się też z przekładami, podczas gdy pański hymn na cześć wojny oczywiście przez cały czas bez trudu docierał do czytelników.
Jünger nie na to nie odrzekł. Dopiero gdy spróbowałam naprowadzić rozmowę na walkę w okopach we Flandrii i na kredowych terenach Szampanii, położyłam także na uprzątniętym już śniadaniowym stoliku wycinki map objętych walkami rejonów, to on, nim przeszedł do ofensywy i kontrofensywy nad Sommą, podsunął temat do dyskusji, od której nie dało się już odejść: - Tę nędzną pikielhaubę, której pan, mój szanowny Remarque, nie musiał już nosić, na naszym odcinku frontu od czerwca piętnastego zastępowano stalowym hełmem. Były to hełmy próbne, skonstruowane - po kilku chybionych projektach - przez kapitana artylerii nazwiskiem Schwerd we współzawodnictwie z Francuzami, którzy również zaczęli wprowadzać hełmy ze stali. Jako że Krupp nie mógł wyprodukować odpowiedniego stopu stali chromowej, zamówienie przypadło innym firmom, wśród nich hucie w Thale. Od lutego szesnastego stalowy hełm był w użyciu na wszystkich odcinkach frontu. Wojska pod Verdun i nad Sommą zostały zaopatrzone w pierwszej kolejności, najdłużej musiał czekać front wschodni. Nie ma pan pojęcia, zacny Remarque, jaką daninę krwi, szczególnie w wojnie pozycyjnej, musieliśmy złożyć przez tę nic nie wartą skórzaną czapę, którą zastępczo, ponieważ brakowało skóry, wytłaczano z filcu. Każdy strzał z karabinu to o jednego żołnierza mniej, każdy odłameczek przebijał na wylot.
Starsi panowie co prawda nie zaczęli się teraz spierać, ale przywiązywali dużą wagę do tego, że w sprawach wojny mają różne zdania, reprezentują przeciwstawne style i w ogóle wywodzą się z odmiennych obozów. Jeśli jeden w dalszym ciągu uważał się za „niepoprawnego pacyfistę”, to drugi chciał, żeby mieć go za „anarcha”.
- Ach, co tam! - zawołał Remarque. - Przecież pan w swoich „Stalowych burzach” jak łobuziak aż po ostatnią ofensywę Ludendorffa szukał przygód. Lekkomyślnie potrafił pan skrzyknąć oddział szturmowy, żeby dla krwawej przyjemności naprędce wziąć jednego, dwóch jeńców, a przy okazji być może zdobyć buteleczkę koniaku... - Potem jednak przyznał, że kolega Jünger w swoim dzienniku po części trafnie opisywał trwanie w okopach, wojnę pozycyjną, w ogóle charakter bitwy wyniszczającej.
Pod koniec naszej pierwszej rozmowy — panowie opróżnili dwie butelki czerwonego wina - Jünger powrócił jeszcze do Flandrii: - Kiedy w dwa i pół roku później okopywaliśmy się na odcinku frontu pod Langemarck, natknęliśmy się na karabiny, pasy i łuski nabojów z roku czternastego. Trafiały się nawet pikielhauby, w których ochotnicy w sile pułku wyruszali wówczas na wojnę...
- Ach, co tam! - zawołał Remarque. - Przecież pan w swoich „Stalowych burzach” jak łobuziak aż po ostatnią ofensywę Ludendorffa szukał przygód. Lekkomyślnie potrafił pan skrzyknąć oddział szturmowy, żeby dla krwawej przyjemności naprędce wziąć jednego, dwóch jeńców, a przy okazji być może zdobyć buteleczkę koniaku... - Potem jednak przyznał, że kolega Jünger w swoim dzienniku po części trafnie opisywał trwanie w okopach, wojnę pozycyjną, w ogóle charakter bitwy wyniszczającej.
Pod koniec naszej pierwszej rozmowy — panowie opróżnili dwie butelki czerwonego wina - Jünger powrócił jeszcze do Flandrii: - Kiedy w dwa i pół roku później okopywaliśmy się na odcinku frontu pod Langemarck, natknęliśmy się na karabiny, pasy i łuski nabojów z roku czternastego. Trafiały się nawet pikielhauby, w których ochotnicy w sile pułku wyruszali wówczas na wojnę...
Po tym zamyśleniu przerywanym kilkoma chrząknięciami Remarque oznajmił, że jesienią czternastego — chodził jeszcze do szkoły w Osnabrück, gdy pułki ochotników wykrwawiały się pod Bixschoote i Ypres - również na nim wielkie wrażenie zrobiła legenda Langemarcku, według której na ogień angielskich karabinów maszynowych odpowiedziano pieśnią „Niemcy, Niemcy ponad wszystko...”. Chyba to pod jej wpływem - i za sprawą zachęt ze strony nauczycieli - niejedna klasa gimnazjalna ochotniczo zgłosiła się na front. Co drugi przypłacił to śmiercią. A ci, co przeżyli, jak on, któremu wszelako nie dane było chodzić do gimnazjum, są po dziś dzień okaleczeni. On w każdym razie nadal czuje się „żywym trupem”.
Pan Jünger, który szkolne przeżycia kolegi-pisarza — najwidoczniej tylko szkoła realna - skwitował lekkim uśmiechem, nazwał wprawdzie kult Langemarcku „patriotyczną bzdurą”, przyznał jednak, że już na długo przed wybuchem wojny owładnęła nim wielka tęsknota za niebezpieczeństwem, pragnienie niezwykłości - „choćby drogą do tego miała być służba we francuskiej Legii Cudzoziemskiej”: - Jak się potem zaczęło, czuliśmy się stopieni w jedno wielkie ciało. Ale nawet kiedy wojna pokazała nam swoje pazury, walka jako przeżycie wewnętrzne nie przestawała mnie fascynować do mych ostatnich dni w charakterze dowódcy oddziału szturmowego. Niech pan spokojnie przyzna, zacny Remarque, że nawet w „Na Zachodzie bez zmian”, swoim znakomitym debiucie, opowiadał pan, nie bez wewnętrznego poruszenia, o sile żołnierskiego koleżeństwa, które sięgnęło aż po śmierć. Ta książka, odparł Remarque, nie gromadzi przeżyć osobistych, lecz skupia w sobie doświadczenie frontowe wypalonego pokolenia. - Moja służba w lazarecie była dla mnie wystarczającym źródłem.
Pan Jünger, który szkolne przeżycia kolegi-pisarza — najwidoczniej tylko szkoła realna - skwitował lekkim uśmiechem, nazwał wprawdzie kult Langemarcku „patriotyczną bzdurą”, przyznał jednak, że już na długo przed wybuchem wojny owładnęła nim wielka tęsknota za niebezpieczeństwem, pragnienie niezwykłości - „choćby drogą do tego miała być służba we francuskiej Legii Cudzoziemskiej”: - Jak się potem zaczęło, czuliśmy się stopieni w jedno wielkie ciało. Ale nawet kiedy wojna pokazała nam swoje pazury, walka jako przeżycie wewnętrzne nie przestawała mnie fascynować do mych ostatnich dni w charakterze dowódcy oddziału szturmowego. Niech pan spokojnie przyzna, zacny Remarque, że nawet w „Na Zachodzie bez zmian”, swoim znakomitym debiucie, opowiadał pan, nie bez wewnętrznego poruszenia, o sile żołnierskiego koleżeństwa, które sięgnęło aż po śmierć. Ta książka, odparł Remarque, nie gromadzi przeżyć osobistych, lecz skupia w sobie doświadczenie frontowe wypalonego pokolenia. - Moja służba w lazarecie była dla mnie wystarczającym źródłem.
W połowie lat sześćdziesiątych, po kilkakrotnie podejmowanych a bezowocnych staraniach dwóch kolegów z instytutu, udało mi się wreszcie namówić obu starszych panów na spotkanie. Być może do mnie, młodej kobiety, uśmiechnęło się szczęście, a ponadto będąc Szwajcarką dysponowałam atutem neutralności. W moich listach, jakkolwiek rzeczowo naszkicowałam w nich nasze zadanie badawcze, dosłuchano się chyba delikatnego, jeśli nie nieśmiałego zapytania; w ciągu kilku dni niemal jednocześnie nadeszły pozytywne odpowiedzi.
Opowiadałam moim kolegom o tej pamiętnej, trochę jakby przedpotopowej parze. Zarezerwowałam spokojne pokoje w hotelu „Pod Bocianem”. Tam przesiadywaliśmy, najczęściej na pięterku rótisserii, z widokiem na Limmat, ratusz naprzeciwko i kamienicę „Pod Ogarem”. Pan Remarque - wówczas w sześćdziesiątym siódmym roku życia — przyjechał z Locarno. On, widać, że światowiec, wydał mi się wątlejszego zdrowia aniżeli czerstwy pan Jünger, który skończywszy niedawno siedemdziesiątkę miał uderzająco sportowe ruchy. Zamieszkały na ziemi wirtemberskiej, przybył przez Bazyleę, mając za sobą pieszą wędrówkę przez Wogezy do Hartmannsweilerkopf, o który kiedyś toczono krwawe walki.
Nasza pierwsza rozmowa zaczęła się dość opornie. Moi panowie „świadkowie epoki” z dużą znajomością rzeczy rozprawiali o szwajcarskich winach: Remarque chwalił gatunki tessińskie, Jünger na pierwszym miejscu stawiał dole z francuskojęzycznych regionów. Obaj wyraźnie starali się czarować swoim dobrze zakonserwowanym wdziękiem. Zabawnie, ale i drażniąco wypadały ich próby zagadywania mnie w szwajcarskim dialekcie. Ale potem gdy zacytowałam początek często w czasie pierwszej wojny światowej śpiewanej pieśni - „Flandryjski taniec śmierci” - której autor pozostał anonimowy: „Śmierć jedzie na karym rumaku, śmierć goni każdego wojaka”, najpierw Remarque, a niebawem także Jünger zanucili przejmująco smutną melodię; obaj znali słowa kończące każdą zwrotkę: „Wojacy we Flandrii, biada wam, ach, biada, kostucha karego rumaka dosiada”. Potem popatrzyli w stronę katedry, której wieże górowały nad kamienicami przy Schiffslände.
Opowiadałam moim kolegom o tej pamiętnej, trochę jakby przedpotopowej parze. Zarezerwowałam spokojne pokoje w hotelu „Pod Bocianem”. Tam przesiadywaliśmy, najczęściej na pięterku rótisserii, z widokiem na Limmat, ratusz naprzeciwko i kamienicę „Pod Ogarem”. Pan Remarque - wówczas w sześćdziesiątym siódmym roku życia — przyjechał z Locarno. On, widać, że światowiec, wydał mi się wątlejszego zdrowia aniżeli czerstwy pan Jünger, który skończywszy niedawno siedemdziesiątkę miał uderzająco sportowe ruchy. Zamieszkały na ziemi wirtemberskiej, przybył przez Bazyleę, mając za sobą pieszą wędrówkę przez Wogezy do Hartmannsweilerkopf, o który kiedyś toczono krwawe walki.
Nasza pierwsza rozmowa zaczęła się dość opornie. Moi panowie „świadkowie epoki” z dużą znajomością rzeczy rozprawiali o szwajcarskich winach: Remarque chwalił gatunki tessińskie, Jünger na pierwszym miejscu stawiał dole z francuskojęzycznych regionów. Obaj wyraźnie starali się czarować swoim dobrze zakonserwowanym wdziękiem. Zabawnie, ale i drażniąco wypadały ich próby zagadywania mnie w szwajcarskim dialekcie. Ale potem gdy zacytowałam początek często w czasie pierwszej wojny światowej śpiewanej pieśni - „Flandryjski taniec śmierci” - której autor pozostał anonimowy: „Śmierć jedzie na karym rumaku, śmierć goni każdego wojaka”, najpierw Remarque, a niebawem także Jünger zanucili przejmująco smutną melodię; obaj znali słowa kończące każdą zwrotkę: „Wojacy we Flandrii, biada wam, ach, biada, kostucha karego rumaka dosiada”. Potem popatrzyli w stronę katedry, której wieże górowały nad kamienicami przy Schiffslände.
Potem wróciłem do rzeczowego tonu, mówiłem dla równowagi o stu dwudziestu tysiącach metrów sześciennych betonu i piętnastu tysiącach metrów sześciennych granitu. Radca dworu Thieme, u którego boku pojawił się tymczasem architekt masywnej budowli, profesor Schmitz, nie ukrywał dumy i nazwał pomnik „godnym poległych”. Następnie pogratulował Schmitzowi, który ze swej strony dziękował Thiememu za wykołatane pieniądze na budowę i okazane zaufanie.
Zapytałem obu panów, czy tacy są pewni granitowej inskrypcji, na górnym cokole, umieszczonej dokładnie na osi środkowej: „Bóg z nami”. Popatrzyli na mnie pytająco, potem pokręcili głowami i ruszyli ku kamiennemu kolosowi przytłaczającemu swoją masą dawne śmietnisko. Takich poczciwców należałoby wykuć w granicie i ustawić pomiędzy owymi osiłkami, którzy ramię przy ramieniu stanowią hen wysoko uosobienie pomnika, pomyślałem sobie.
Nazajutrz miało się odbyć poświęcenie. Miał przybyć nie tylko Wilhelm, ale także król Saksonii, aczkolwiek wówczas Sasi przeciwko Prusakom... Czyste październikowe niebo zapowiadało cesarską pogodę. Jeden z moich podmajstrzych, na pewno socjał, wyrzucił z siebie: - No, w czymś takim to my, Niemcy, jesteśmy wielcy. Budować pomniki! Nie oglądając się na koszty!
Zapytałem obu panów, czy tacy są pewni granitowej inskrypcji, na górnym cokole, umieszczonej dokładnie na osi środkowej: „Bóg z nami”. Popatrzyli na mnie pytająco, potem pokręcili głowami i ruszyli ku kamiennemu kolosowi przytłaczającemu swoją masą dawne śmietnisko. Takich poczciwców należałoby wykuć w granicie i ustawić pomiędzy owymi osiłkami, którzy ramię przy ramieniu stanowią hen wysoko uosobienie pomnika, pomyślałem sobie.
Nazajutrz miało się odbyć poświęcenie. Miał przybyć nie tylko Wilhelm, ale także król Saksonii, aczkolwiek wówczas Sasi przeciwko Prusakom... Czyste październikowe niebo zapowiadało cesarską pogodę. Jeden z moich podmajstrzych, na pewno socjał, wyrzucił z siebie: - No, w czymś takim to my, Niemcy, jesteśmy wielcy. Budować pomniki! Nie oglądając się na koszty!
Czyżbym to ja zbudował, nie, nie zaplanował i zaprojektował, ale w ciągu dobrych czternastu lat jako odpowiedzialny kierownik budowy położył fundamenty, układał warstwa po warstwie, wznosił, piętrzył pod niebo tę masę sterczącą groźnie na płaskim terenie, skamieniałego kolosa, ekspresyjne urojenie fajdającego granitem architekta?
Dzisiaj, kiedy to mija z górą rok, odkąd uroczyście położyło się końcowy zwornik i jeden z moich podmajstrzych własnoręcznie zalepił ostatnie spoiny, powiedziałem do radcy dworu Thiemego, który stoi na czele Związku Patriotów i - jak Rzesza długa i szeroka - wykołatał sześć milionów: - Całość cokolwiek przyduża!
- Tak powinno być, Krause, tak powinno być. Mając dziewięćdziesiąt jeden metrów przewyższamy pomnik w górach Kyffhäuser o ni mniej, ni więcej tylko dwadzieścia sześć...
Ja na to: - A Świątynię Cesarską przy Porta Westfalica o prawie trzydzieści...
- I dokładnie o trzydzieści berlińską Kolumnę Zwycięstwa... - A co dopiero pomnik Hermanna! Nie mówiąc o monachijskiej
Bavarii z jej zaledwie dwudziestu siedmiu metrzykami...
Radca dworu Thieme wyczuł chyba moją kpinę: - W każdym razie równo w sto lat od bitwy narodów symbol naszej patriotycznej pamięci zostanie jak najuroczyściej poświęcony.
Ja do jego ojczyźnianej zupy dorzuciłem parę wątpliwości: - Jak by wszystko było parę numerów mniejsze, to też by wystarczyło - a potem zacząłem rozprawiać o sprawach fachowych, raz jeszcze kopiąc fundamenty: - Same śmiecie z Lipska i okolic. Rok po roku, warstwa po warstwie śmiecie. Ale wszystkie moje ostrzeżenia — na tym nie ma jak budować, niedługo pojawią się pęknięcia, takie niedbalstwo pociągnie za sobą ciągłe wydatki na reperacje - nie zdały się wtedy na nic.
Thieme patrzył zgnębiony, jak gdyby już teraz żądano od niego ogromnych sum na konserwację. - Tak - ciągnąłem - gdybyśmy kopali fundamenty nie na śmietnisku, tylko na twardym gruncie pola bitwy, wydobylibyśmy mnóstwo czaszek i kości, szabel i lanc, strzępy mundurów, całe i rozpłatane hełmy, oficerskie galony i pospolite guziki, wśród nich pruskie, szwedzkie, habsburskie, ale też przynależne do polskiej legii i naturalnie guziki francuskie, zwłaszcza francuskiej gwardii. Poległych przecież nie brakowało. Blisko sto tysięcy złożyły w ofierze zgromadzone narody
Dzisiaj, kiedy to mija z górą rok, odkąd uroczyście położyło się końcowy zwornik i jeden z moich podmajstrzych własnoręcznie zalepił ostatnie spoiny, powiedziałem do radcy dworu Thiemego, który stoi na czele Związku Patriotów i - jak Rzesza długa i szeroka - wykołatał sześć milionów: - Całość cokolwiek przyduża!
- Tak powinno być, Krause, tak powinno być. Mając dziewięćdziesiąt jeden metrów przewyższamy pomnik w górach Kyffhäuser o ni mniej, ni więcej tylko dwadzieścia sześć...
Ja na to: - A Świątynię Cesarską przy Porta Westfalica o prawie trzydzieści...
- I dokładnie o trzydzieści berlińską Kolumnę Zwycięstwa... - A co dopiero pomnik Hermanna! Nie mówiąc o monachijskiej
Bavarii z jej zaledwie dwudziestu siedmiu metrzykami...
Radca dworu Thieme wyczuł chyba moją kpinę: - W każdym razie równo w sto lat od bitwy narodów symbol naszej patriotycznej pamięci zostanie jak najuroczyściej poświęcony.
Ja do jego ojczyźnianej zupy dorzuciłem parę wątpliwości: - Jak by wszystko było parę numerów mniejsze, to też by wystarczyło - a potem zacząłem rozprawiać o sprawach fachowych, raz jeszcze kopiąc fundamenty: - Same śmiecie z Lipska i okolic. Rok po roku, warstwa po warstwie śmiecie. Ale wszystkie moje ostrzeżenia — na tym nie ma jak budować, niedługo pojawią się pęknięcia, takie niedbalstwo pociągnie za sobą ciągłe wydatki na reperacje - nie zdały się wtedy na nic.
Thieme patrzył zgnębiony, jak gdyby już teraz żądano od niego ogromnych sum na konserwację. - Tak - ciągnąłem - gdybyśmy kopali fundamenty nie na śmietnisku, tylko na twardym gruncie pola bitwy, wydobylibyśmy mnóstwo czaszek i kości, szabel i lanc, strzępy mundurów, całe i rozpłatane hełmy, oficerskie galony i pospolite guziki, wśród nich pruskie, szwedzkie, habsburskie, ale też przynależne do polskiej legii i naturalnie guziki francuskie, zwłaszcza francuskiej gwardii. Poległych przecież nie brakowało. Blisko sto tysięcy złożyły w ofierze zgromadzone narody
My z Urzędu Budownictwa Wodnego uczestniczyliśmy w wydobywaniu ciała. Wprawdzie moi koledzy pokpiwali, kiedy powiedziałem, że jego wiersze są „strasznie wielkie”, i zacytowałem coś z najnowszych utworów młodego Heyma — „Ludzie na ulicach stają obok siebie, Patrzą na wielkie znaki na niebie” — lecz mimo to niezmordowanie rozbijali lód na Haweli i przeszukiwali dno tak zwanymi kotwicami śmierci. W ten sposób go znaleziono. A ja, zaraz po powrocie do Poczdamu, napisałem dedykowany Heymowi wiersz pod tytułem „Kotwica śmierci”, który Pfemfert chciał właśnie wydrukować, potem jednak odesłał mi z wyrazami ubolewania.
Młodszego o rok Balckego, o czym nie omieszkała donieść „Kreuzzeitung”, dryfującego w Haweli wypatrzył przez lód jeden z rybaków. Wykuł przerębel i wyciągnął zwłoki bosakiem. Balcke wyglądał spokojnie. Heym natomiast podkurczył nogi, całkiem jak embrion. Skulony, twarz wykrzywiona, pokaleczone dłonie. Z obydwiema łyżwami przymocowanymi do stóp leżał na stwardniałym
lodzie. Tylko z pozoru krzepkie chłopisko. Człowiek rozdzierany przez różnorodne pragnienia. On, który żywił odrazę do wszystkiego, co wojskowe, jeszcze przed paru tygodniami ubiegał się jako ochotnik o przyjęcie do alzackiego pułku piechoty w Metzu. Zarazem pełen był planów zwróconych w innym kierunku. Chciał, jak wiem, pisać dramaty...
Młodszego o rok Balckego, o czym nie omieszkała donieść „Kreuzzeitung”, dryfującego w Haweli wypatrzył przez lód jeden z rybaków. Wykuł przerębel i wyciągnął zwłoki bosakiem. Balcke wyglądał spokojnie. Heym natomiast podkurczył nogi, całkiem jak embrion. Skulony, twarz wykrzywiona, pokaleczone dłonie. Z obydwiema łyżwami przymocowanymi do stóp leżał na stwardniałym
lodzie. Tylko z pozoru krzepkie chłopisko. Człowiek rozdzierany przez różnorodne pragnienia. On, który żywił odrazę do wszystkiego, co wojskowe, jeszcze przed paru tygodniami ubiegał się jako ochotnik o przyjęcie do alzackiego pułku piechoty w Metzu. Zarazem pełen był planów zwróconych w innym kierunku. Chciał, jak wiem, pisać dramaty...
Nic więcej. Ale w zasadzie było to zgodne z prawdą: myśmy ze Schwanenwerder spostrzegli wypadek. Ja z Urzędu Budownictwa Wodnego i mój asystent udaliśmy się z kilkoma łyżwiarzami w niebezpieczne miejsce, znaleźliśmy jednak tylko, jak się później okazało, laskę Heyma z elegancko ozdobioną gałką i jego rękawiczki. Chyba chciał pomóc tonącemu przyjacielowi i przy tym również dostał się pod lód. A może Balcke pociągnął go za sobą. Może obaj rozmyślnie szukali śmierci.
Ponadto w „Vossicy”, jak gdyby to było ważne, napisali, że był synem prokuratora wojskowego w stanie spoczynku Heyma, zamieszkałego w Charlottenburgu, Königsweg 31. Ojciec studenta, który się utopił, był bankierem. Ale nic, ani słowa o tym, co mogło skusić obu młodych ludzi do umyślnego zboczenia z oznakowanej wiązkami słomy i żerdziami trasy łyżwiarskiej, którą wolno było uważać za bezpieczną. Nic o wewnętrznych perturbacjach naszego już wówczas straconego pokolenia. Nic o wierszach Heyma. Bądź co bądź opublikował go młody wydawca nazwiskiem Rowohlt. Wkrótce miały się ukazać jego opowiadania. Tylko w „Berliner Tagblatt”, w uzupełnieniu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku, znalazła się wzmianka, że zmarły tragicznie referendarz występował też na forum literackim i jakiś czas temu ogłosił tom wierszy, „Wieczny dzień”. Pojawiły się w nich ślady pięknego talentu. Ślady! To po prostu śmieszne.
Ponadto w „Vossicy”, jak gdyby to było ważne, napisali, że był synem prokuratora wojskowego w stanie spoczynku Heyma, zamieszkałego w Charlottenburgu, Königsweg 31. Ojciec studenta, który się utopił, był bankierem. Ale nic, ani słowa o tym, co mogło skusić obu młodych ludzi do umyślnego zboczenia z oznakowanej wiązkami słomy i żerdziami trasy łyżwiarskiej, którą wolno było uważać za bezpieczną. Nic o wewnętrznych perturbacjach naszego już wówczas straconego pokolenia. Nic o wierszach Heyma. Bądź co bądź opublikował go młody wydawca nazwiskiem Rowohlt. Wkrótce miały się ukazać jego opowiadania. Tylko w „Berliner Tagblatt”, w uzupełnieniu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku, znalazła się wzmianka, że zmarły tragicznie referendarz występował też na forum literackim i jakiś czas temu ogłosił tom wierszy, „Wieczny dzień”. Pojawiły się w nich ślady pięknego talentu. Ślady! To po prostu śmieszne.
Aczkolwiek na chleb zarabiałem w poczdamskim Urzędzie Budownictwa Wodnego jako nadzorca brzegowy, pisywałem też wiersze, w których nadciągał koniec świata i śmierć zbierała swoje żniwo, byłem więc przygotowany na wszelką okropność. To się stało w połowie stycznia. Dwa lata wcześniej byłem po raz pierwszy świadkiem jego występu w kasynie Nollendorfa, gdzie w środowe wieczory spotykał się Nowy Klub z Kleiststrasse. Potem bywałem częściej, ilekroć mogłem sobie pozwolić na długi dojazd. Ja swoimi sonetami bodaj nie zwróciłem uwagi, jego natomiast nie sposób było nie dosłyszeć. Później zetknąłem się z jego siłą słowa w „Neopatetycznym Kabarecie”. Obecni byli Blass i Wolfenstein. Wiersze przeciągały hałaśliwymi kolumnami. Marsz jednostajnych monologów, który wiódł prosto na rzeź. A potem eksplodował dziecięcy olbrzym. Było tak jak przy zeszłorocznym wybuchu Krakatau. Już wtedy współpracował z „Aktion” Pfemferta, na przykład zaraz po ostatnim kryzysie marokańskim, kiedy ważyły się losy wszystkiego i mogliśmy już mieć nadzieję, że rozgorzeje walka, zamieścił wiersz „Wojna”. Mam jeszcze w uszach: „Ciała już niezliczone w trzcinie rozciągnięte, Białym całunem ptaków śmierci osłonięte...” w ogóle miał słabość do czerni i bieli, szczególnie do bieli. Nic dziwnego, że na zamarzniętej od tygodni Haweli w bezkresnej białości dostępnej łyżwiarzom powierzchni znalazła się owa czarna, jakby czekająca na niego dziura.
Jakaż to strata! Ale czemu, zadawaliśmy sobie pytanie, „Vossica” nie zamieściła pośmiertnego wspomnienia? Tylko krótka wiadomość: „We wtorek po południu w czasie jazdy na łyżwach referendarz doktor Georg Heym i student prawa Ernst Balcke na wysokości Kladow wpadli do przerębli wyrąbanej w pokrywie lodowej dla ptaków wodnych”.
Jakaż to strata! Ale czemu, zadawaliśmy sobie pytanie, „Vossica” nie zamieściła pośmiertnego wspomnienia? Tylko krótka wiadomość: „We wtorek po południu w czasie jazdy na łyżwach referendarz doktor Georg Heym i student prawa Ernst Balcke na wysokości Kladow wpadli do przerębli wyrąbanej w pokrywie lodowej dla ptaków wodnych”.
Ale oto pływają już pierwsze urzeczywistnione marzenia. A dalsze? Tirpitz się nimi zajmie. Dla mnie w każdym razie pozostaje w dalszym ciągu ogromną przyjemnością szkicowanie okrętów liniowych i krążowników pancernych. Obecnie na serio przy mojej sekreterze, przy której, jak Panu wiadomo, siedzę na siodle, w każdej chwili gotów do ataku. Po zwyczajowej konnej przejażdżce moim porannym obowiązkiem jest śmiałe wybieganie naprzód i rzucanie na papier naszej tak jeszcze młodej floty w zestawieniu z wrogą przewagą, wiem przecież, że Tirpitz, jak ja, stawia na wielkie okręty. Musimy górować szybkością, zwrotnością, siłą ogniową. Przychodzą mi na myśl odpowiednie pomysły. Często jest tak, jak gdyby w tym akcie tworzenia wielkie okręty wyskakiwały mi z głowy. Wczoraj zobaczyłem oczami wyobraźni i nakreśliłem kilka ciężkich krążowników, „Seydlitza”, „Blüchera”. Widzę, jak całe eskadry płyną w szyku torowym. Ciągle brakuje wielkich okrętów wojennych. Tirpitz uważa, że tylko dlatego łodzie podwodne muszą poczekać.
Ach, gdybym jak dawniej miał w pobliżu Pana, mego najlepszego przyjaciela, pięknoducha i miłośnika sztuk! Jak śmiało i proroczo by się nam rozmawiało. Z jakim zapałem uspokajałbym Pańskie obawy. Owszem, najdroższy Eulenburgu, chcę być księciem pokoju, ale zbrojnym...
Philipp Eulenburg (1847-1921), zaufany przyjaciel i wpływowy doradca Wilhelma II, odsunięty przez cesarza pod presją kampanii prasowej zainicjowanej przez Maximiliana Hardena. (Przyp. tłum.)
Ach, gdybym jak dawniej miał w pobliżu Pana, mego najlepszego przyjaciela, pięknoducha i miłośnika sztuk! Jak śmiało i proroczo by się nam rozmawiało. Z jakim zapałem uspokajałbym Pańskie obawy. Owszem, najdroższy Eulenburgu, chcę być księciem pokoju, ale zbrojnym...
Philipp Eulenburg (1847-1921), zaufany przyjaciel i wpływowy doradca Wilhelma II, odsunięty przez cesarza pod presją kampanii prasowej zainicjowanej przez Maximiliana Hardena. (Przyp. tłum.)
Wiem, straciliśmy całe lata. Nasi ludzie byli in rebus navalibus niestety całkowicie niedoświadczeni. Należało wywołać w narodzie powszechny ruch, mało tego, entuzjazm dla marynarki. Trzeba było powołać Towarzystwo Wspierania Floty, uchwalić ustawę o flocie, przy czym Anglicy - a może powiem raczej: moi mili angielscy kuzyni? - mimo woli mi dopomogli, kiedy to podczas wojny burskiej - Pamięta Pan, Drogi Przyjacielu - najzupełniej bezprawnie zagarnęli dwa nasze parowce u wschodnioafrykańskiego wybrzeża. Oburzenie w Rzeszy było wtedy wielkie. Przydało się to w Reichstagu. Chociaż wypowiedziane przeze mnie zdanie - „My, Niemcy, musimy przeciwstawić angielskim ‘Dreadnoughtom’ naszych pancernych ‘Nieustraszonych’- wywołało różnorodną wrzawę. (Tak-tak, Drogi Eulenburgu, wiem: moim największym pokuszeniem jest i pozostanie Biuro Telegraficzne Wolffa).
Mój Drogi Eulenburgu,
Jeśli wolno mi jeszcze zwracać się w ten sposób do Pana, skoro ta kanalia Harden tak podle nas oszkalował w swoich gazetowych wypocinach, a ja w imię racji stanu, aczkolwiek zżymając się, musiałem porzucić oddanego mi wiernie towarzysza podróży i doradzającego przyjaciela. Jednakże proszę Pana, Drogi Książę, by zechciał Pan triumfować wraz ze mną: dopiąłem swego! Dzisiaj mianowałem wielkim admirałem mojego ministra marynarki Tirpitza, który w Reichstagu tak świetnie potrafił zadawać bobu lewicowym liberałom. Te wszystkie moje szkice przedstawiające stan floty, których szczegółowość pan często łagodnie ganił, ponieważ ja podczas najnudniejszych posiedzeń nie traciłem czasu idąc za głosem mojego niedużego talentu i na okładkach akt, ba, nawet na samych nadzwyczaj suchych aktach utrwalałem ze wszystkimi wieżami działowymi jako kwintesencję morskiej potęgi - nam ku przestrodze — „Charlesa Martela”z Francji i jej krążowniki pancerne I klasy, z Joanną d’Arc” na czele, potem nowe okręty Rosji, przede wszystkim pancerniki „Pietropawłowsk”, „Połtawa” i „Sewastopol”. Bo co my mogliśmy przeciwstawić angielskim „Dreadnoughtom”, zanim ustawy o rozbudowie floty stopniowo dały nam wolną rękę? W najlepszym razie cztery krążowniki pancerne klasy „Brandenburg”, nie więcej. Lecz owe szkice obejmujące domniemanego wroga doczekały się obecnie - jak Pan, Drogi Przyjacielu, będzie mógł się przekonać na podstawie załączonego materiału - odpowiedzi z naszej strony; to nie są jedynie projekty, to już pruje wody Morza Północnego i Bałtyku albo powstaje w stoczniach Kilonii, Wilhelmshaven i Gdańska.
Jeśli wolno mi jeszcze zwracać się w ten sposób do Pana, skoro ta kanalia Harden tak podle nas oszkalował w swoich gazetowych wypocinach, a ja w imię racji stanu, aczkolwiek zżymając się, musiałem porzucić oddanego mi wiernie towarzysza podróży i doradzającego przyjaciela. Jednakże proszę Pana, Drogi Książę, by zechciał Pan triumfować wraz ze mną: dopiąłem swego! Dzisiaj mianowałem wielkim admirałem mojego ministra marynarki Tirpitza, który w Reichstagu tak świetnie potrafił zadawać bobu lewicowym liberałom. Te wszystkie moje szkice przedstawiające stan floty, których szczegółowość pan często łagodnie ganił, ponieważ ja podczas najnudniejszych posiedzeń nie traciłem czasu idąc za głosem mojego niedużego talentu i na okładkach akt, ba, nawet na samych nadzwyczaj suchych aktach utrwalałem ze wszystkimi wieżami działowymi jako kwintesencję morskiej potęgi - nam ku przestrodze — „Charlesa Martela”z Francji i jej krążowniki pancerne I klasy, z Joanną d’Arc” na czele, potem nowe okręty Rosji, przede wszystkim pancerniki „Pietropawłowsk”, „Połtawa” i „Sewastopol”. Bo co my mogliśmy przeciwstawić angielskim „Dreadnoughtom”, zanim ustawy o rozbudowie floty stopniowo dały nam wolną rękę? W najlepszym razie cztery krążowniki pancerne klasy „Brandenburg”, nie więcej. Lecz owe szkice obejmujące domniemanego wroga doczekały się obecnie - jak Pan, Drogi Przyjacielu, będzie mógł się przekonać na podstawie załączonego materiału - odpowiedzi z naszej strony; to nie są jedynie projekty, to już pruje wody Morza Północnego i Bałtyku albo powstaje w stoczniach Kilonii, Wilhelmshaven i Gdańska.
On robił w odlewni. Tam odlewali lufy do armat. Ze wszystkimi dodatkami. Do wojny było tylko parę lat. Roboty nie brakowało. Aż raz odlali kolubrynę, co to z niej wszyscy bardzo byli dumni, bo czegoś tak ogromniastego jak świat światem jeszcze nikt nie widział. A że od nas z Kolonii dużo luda robiło w odlewni, nawet oba nasze stołowniki, to ciągle gadało się o tej kolubrynie, choć sprawa podobno była strasznie tajna. Ale ani rusz nie dawało się jej skończyć. Z wyglądu kolubryna była podobno jak moździerz. Z taką przyciętą lufą. Mówili, że to kaliber czterdzieści dwa centymetry. Ale parę razy odlew lufy nie wyszedł jak trzeba. A i poza tym sprawa się przeciągała. Ale ojciec zawsze mówił: Jakby ktoś mnie się pytał, nie zdążymy, zanim się zacznie na całego. A może Krupp, jak to Krupp, sprzeda kolubrynę carowi do Rosji.
A kiedy po paru latach zaczęło się na dobre, to nie sprzedali kolubryny, tylko z daleka bombardowali z niej nawet Paryż. Wszędzie mówili na nią Gruba Berta. Również tam, gdzie nikt mnie nie znał. A to odlewniki z naszej Kolonii pierwsze tak ją po mnie nazwały, bo akurat ja byłam z nas najgrubsza. Wcale mnie się nie podobało, że wszędzie gęby sobie mną wycierają, choć mój ślubny mnie mówił: Przecież nikt ci nie chce dokuczyć. Tymczasem ja nigdy nie przepadałam za armatami, choć żeśmy żyli z tego, co się robiło u Kruppa. Jakby się ktoś mnie pytał, tośmy żyli całkiem nieźle. Nawet gęsi i kury biegały po naszej Kolonii. Prawie każdy trzymał wieprzka w chlewiku. A jak przyszła wiosna, to tyle było króli...
Podobno na wojnie z tej ich Grubej Berty nie było dużego pożytku. Francuzy pokładały się ze śmiechu, jak kolubryna ani rusz nie mogła trafić do celu. A mój ślubny, co to go Ludendorff na sam koniec wziął do landszturmu, no i został się za kalekę, a my musieliśmy wynieść się z Kolonii i żyjemy w wynajmowanej altanie za moje marne oszczędności, zawsze mnie mówi: Nie ma co się żołądkować, Berta. Co do mnie - to spokojnie możesz jeszcze przybrać na wadze, grunt, żebyś nam zdrowa była...
A kiedy po paru latach zaczęło się na dobre, to nie sprzedali kolubryny, tylko z daleka bombardowali z niej nawet Paryż. Wszędzie mówili na nią Gruba Berta. Również tam, gdzie nikt mnie nie znał. A to odlewniki z naszej Kolonii pierwsze tak ją po mnie nazwały, bo akurat ja byłam z nas najgrubsza. Wcale mnie się nie podobało, że wszędzie gęby sobie mną wycierają, choć mój ślubny mnie mówił: Przecież nikt ci nie chce dokuczyć. Tymczasem ja nigdy nie przepadałam za armatami, choć żeśmy żyli z tego, co się robiło u Kruppa. Jakby się ktoś mnie pytał, tośmy żyli całkiem nieźle. Nawet gęsi i kury biegały po naszej Kolonii. Prawie każdy trzymał wieprzka w chlewiku. A jak przyszła wiosna, to tyle było króli...
Podobno na wojnie z tej ich Grubej Berty nie było dużego pożytku. Francuzy pokładały się ze śmiechu, jak kolubryna ani rusz nie mogła trafić do celu. A mój ślubny, co to go Ludendorff na sam koniec wziął do landszturmu, no i został się za kalekę, a my musieliśmy wynieść się z Kolonii i żyjemy w wynajmowanej altanie za moje marne oszczędności, zawsze mnie mówi: Nie ma co się żołądkować, Berta. Co do mnie - to spokojnie możesz jeszcze przybrać na wadze, grunt, żebyś nam zdrowa była...
To ja teraz powiem, czemu chłopy tutejsze takie jedno przezwisko mnie dały, z tej tylko racji, że na imię mam Berta i jestem przy kości. Mieszkać tośmy wtedy mieszkali na Kolonii. Zakłady ją postawiły, dwa kroki od roboty. Przez to cały dym na nas walił. Ale jak tylko zaczynałam urągać, bo bielizna, ledwo wyschła, już była szara jak ziemia, a dzieciaki kaszlały na okrągło, ojciec mówił: Nie ma co się żołądkować, Berta. Kto u Kruppa na akord robi, migiem w robocie być musi.
Tośmy i mieszkali przez te wszystkie lata do ostatnich czasów, choć było ciasno, bo izbę od podwórka, tę z oknem na klatki z królami, musieliśmy odstąpić dwóm samotnym, co to u nas stołowniki się nazywają, i ja nie miałam się gdzie podziać ze swoją dziewiarską maszyną, co ją sobie za moje własne oszczędności sprawiłam. Ale mój ślubny zawsze mnie mówił: Nie ma co się żołądkować, Berta. Grunt, że nam się na łeb nie leje.
Tośmy i mieszkali przez te wszystkie lata do ostatnich czasów, choć było ciasno, bo izbę od podwórka, tę z oknem na klatki z królami, musieliśmy odstąpić dwóm samotnym, co to u nas stołowniki się nazywają, i ja nie miałam się gdzie podziać ze swoją dziewiarską maszyną, co ją sobie za moje własne oszczędności sprawiłam. Ale mój ślubny zawsze mnie mówił: Nie ma co się żołądkować, Berta. Grunt, że nam się na łeb nie leje.
Doktor Willner zalecał naszym zawodnikom na wzmocnienie biocytynę i odżywkę słodową, surowe jajka i rostbef, ryż, makaron i budyń. Robi, mrukliwy odludek, za radą swego prywatnego lekarza wcinał olbrzymie porcje kawioru. Prawie wszyscy kolarze palili, pili szampana, Jacquelin do momentu wykluczenia nawet portwajn. Uważaliśmy, że mamy podstawy do przypuszczeń, iż niektórzy zagraniczni kolarze korzystali ze środków pobudzających, mniej lub bardziej niebezpiecznych toksyn. Doktor Willner podejrzewał, że były to preparaty strychninowe i kofeinowe. Sam zaobserwowałem, jak Berthet, syn milionera z czarną czupryną, leżąc w koi łapczywie żuł korzeń imbiru.
Mimo to duet Stoi — Berthet, wyprzedzony, pozostał w tyle, a Floyd Mac Farland i Jimmy Moran siódmego dnia, o godzinie dziesiątej wieczorem, odnieśli zwycięstwo. Mogli zagarnąć pięć tysięcy marek nagrody. Naturalnie nasz Willy Arend tracąc siedemnaście okrążeń zawiódł nawet swych najwierniejszych zwolenników. Natomiast welodrom, mimo że pod koniec ceny biletów podwójnie wzrosły, został wyprzedany do 21 marca. Z piętnastu par na starcie do mety dojechało tylko dziewięć. Ogłuszający aplauz po końcowym dzwonku. Aczkolwiek Stoi, ten przystojny nicpoń, zebrał specjalne brawa, to Amerykanów, gdy odbywali rundę honorową, oklaskiwano sprawiedliwie. Oczywiście lożę dworską zajmowali następca tronu i książęta Thurn und Taxis oraz inne szlachetnie urodzone osobistości. Zbzikowany na punkcie kolarstwa mecenas ufundował nawet dla naszych zawodników, Arenda i Robla, za nadrobione okrążenia pokaźne nagrody pocieszenia. Mnie Stoi podarował na pamiątkę jedną ze swoich wyrabianych w Holandii pompek. A doktor Willner uznał za godne uwagi, że w trakcie sześciodniówki mogliśmy u wszystkich zawodników stwierdzić znaczne wydalanie białka.
Mimo to duet Stoi — Berthet, wyprzedzony, pozostał w tyle, a Floyd Mac Farland i Jimmy Moran siódmego dnia, o godzinie dziesiątej wieczorem, odnieśli zwycięstwo. Mogli zagarnąć pięć tysięcy marek nagrody. Naturalnie nasz Willy Arend tracąc siedemnaście okrążeń zawiódł nawet swych najwierniejszych zwolenników. Natomiast welodrom, mimo że pod koniec ceny biletów podwójnie wzrosły, został wyprzedany do 21 marca. Z piętnastu par na starcie do mety dojechało tylko dziewięć. Ogłuszający aplauz po końcowym dzwonku. Aczkolwiek Stoi, ten przystojny nicpoń, zebrał specjalne brawa, to Amerykanów, gdy odbywali rundę honorową, oklaskiwano sprawiedliwie. Oczywiście lożę dworską zajmowali następca tronu i książęta Thurn und Taxis oraz inne szlachetnie urodzone osobistości. Zbzikowany na punkcie kolarstwa mecenas ufundował nawet dla naszych zawodników, Arenda i Robla, za nadrobione okrążenia pokaźne nagrody pocieszenia. Mnie Stoi podarował na pamiątkę jedną ze swoich wyrabianych w Holandii pompek. A doktor Willner uznał za godne uwagi, że w trakcie sześciodniówki mogliśmy u wszystkich zawodników stwierdzić znaczne wydalanie białka.
Również wczesnym rankiem, kiedy nie działo się absolutnie nic ekscytującego, myśmy nie próżnowali. Dzięki Towarzystwu Elektrycznemu „Sanitas” nasz ośrodek był wyposażony w najnowszą aparaturę rentgenowską, tak że gdy przyszedł do nas na inspekcję naczelny lekarz wojskowy, profesor doktor Schjerning, doktor Willner zdążył już uczestniczącym nadal w wyścigu bądź z czasem wyeliminowanym kolarzom zrobić sześćdziesiąt zdjęć rentgenowskich i mógł je teraz pokazywać profesorowi. Schjerning poradził mu, żeby to i owo z zebranych materiałów opublikować, co też nastąpiło na łamach miarodajnego czasopisma fachowego, jednakże na temat mojego udziału nie padło ani słowo.
Lecz i sam wyścig zasłużył na pewne zaciekawienie ze strony naszego dostojnego gościa. Profesor widział, jak piątego dnia prowadzący do tej pory zespół Stoi - Berthet dał się wyprzedzić amerykańskim faworytom. Później, po tym, jak Brocco na finiszu zajechał drogę Berthetowi, ten ostatni utrzymywał, że jego partner Stoi został przekupiony przez team Mac Farland — Moran, ale przed komisją kontrolną wyścigu nie potrafił tego oskarżenia udowodnić. Toteż Stoi, mimo że podejrzenia nie zostały rozwiane, był nadal ulubieńcem publiczności.
Lecz i sam wyścig zasłużył na pewne zaciekawienie ze strony naszego dostojnego gościa. Profesor widział, jak piątego dnia prowadzący do tej pory zespół Stoi - Berthet dał się wyprzedzić amerykańskim faworytom. Później, po tym, jak Brocco na finiszu zajechał drogę Berthetowi, ten ostatni utrzymywał, że jego partner Stoi został przekupiony przez team Mac Farland — Moran, ale przed komisją kontrolną wyścigu nie potrafił tego oskarżenia udowodnić. Toteż Stoi, mimo że podejrzenia nie zostały rozwiane, był nadal ulubieńcem publiczności.
Zgodnie z naszym planem medycznym, doktor Willner zarządził sprawdzenie wagi wszystkich uczestników już przed rozpoczęciem
wyścigu, co zostało przeprowadzone ponownie po upływie sześciodniowego okresu. Ponadto wszystkim zawodnikom, nie tylko narodowości niemieckiej, zaoferował inhalacje tlenowe. Propozycje przyjęli prawie wszyscy rywale. Każdego dnia w naszym ośrodku wychodziło sześć do siedmiu butli tlenu, co potwierdza ogromne trudy wyścigu.
Po zakończonej niemal w ostatniej chwili przebudowie stupięćdziesięciometrowy tor welodromu prezentował się zupełnie inaczej. Świeżo ubita nawierzchnia była pomalowana na zielono. Na galerii, na miejscach stojących, tłoczyła się młodzież. W lożach i w krzesłach parteru widziało się panów z zachodnich rubieży Berlina we frakach i z białymi szarfami w pasie. Panie zasłaniały widok ogromnymi kapeluszami. Co prawda już drugiego dnia, kiedy nasz Willy Arend miała dwa okrążenia straty, w loży dworskiej zasiadł książę Oskar ze świtą, ale gdy czwartego dnia przez dwadzieścia pięć okrążeń faworyci Mac Farland i Moran zaciekle walczyli ze Stołem i Berthetem o prowadzenie, a Francuz Jacquelin spoliczkował naszego kolarza Stellbrinka, po czym na galerii powstał tumult i publiczność o mało co nie zlinczowała Jacquelina, wyścig na krótki czas przerwano, a Francuza zdyskwalifikowano, pojawił się ze wspaniale wystrojonym orszakiem Jego Cesarska Wysokość następca tronu i pozostał w dobrym humorze do późna w noc. Wielka owacja na jego wejście. Do tego skoczne marsze wojskowe, ale też popularne melodie dla rozwrzeszczanej publiczności. Nawet w trakcie spokojnych godzin, kiedy kolarze bardzo wolno pokonywali kolejne okrążenia, rozbrzmiewała dziarska muzyka, żeby nikomu nie dać zasnąć. Stellbrink, twardy chłop, który pedałował teraz z mandoliną w ręku, oczywiście nie przebił się przez marszowe hałasy.
wyścigu, co zostało przeprowadzone ponownie po upływie sześciodniowego okresu. Ponadto wszystkim zawodnikom, nie tylko narodowości niemieckiej, zaoferował inhalacje tlenowe. Propozycje przyjęli prawie wszyscy rywale. Każdego dnia w naszym ośrodku wychodziło sześć do siedmiu butli tlenu, co potwierdza ogromne trudy wyścigu.
Po zakończonej niemal w ostatniej chwili przebudowie stupięćdziesięciometrowy tor welodromu prezentował się zupełnie inaczej. Świeżo ubita nawierzchnia była pomalowana na zielono. Na galerii, na miejscach stojących, tłoczyła się młodzież. W lożach i w krzesłach parteru widziało się panów z zachodnich rubieży Berlina we frakach i z białymi szarfami w pasie. Panie zasłaniały widok ogromnymi kapeluszami. Co prawda już drugiego dnia, kiedy nasz Willy Arend miała dwa okrążenia straty, w loży dworskiej zasiadł książę Oskar ze świtą, ale gdy czwartego dnia przez dwadzieścia pięć okrążeń faworyci Mac Farland i Moran zaciekle walczyli ze Stołem i Berthetem o prowadzenie, a Francuz Jacquelin spoliczkował naszego kolarza Stellbrinka, po czym na galerii powstał tumult i publiczność o mało co nie zlinczowała Jacquelina, wyścig na krótki czas przerwano, a Francuza zdyskwalifikowano, pojawił się ze wspaniale wystrojonym orszakiem Jego Cesarska Wysokość następca tronu i pozostał w dobrym humorze do późna w noc. Wielka owacja na jego wejście. Do tego skoczne marsze wojskowe, ale też popularne melodie dla rozwrzeszczanej publiczności. Nawet w trakcie spokojnych godzin, kiedy kolarze bardzo wolno pokonywali kolejne okrążenia, rozbrzmiewała dziarska muzyka, żeby nikomu nie dać zasnąć. Stellbrink, twardy chłop, który pedałował teraz z mandoliną w ręku, oczywiście nie przebił się przez marszowe hałasy.
Ponieważ drogę do szpitala Urbana przemierzałem codziennie na rowerze i w ogóle uchodziłem za entuzjastę kolarstwa, zostałem asystentem doktora Willnera na sześciodniówce, która odbywała się na zimowym welodromie koło Ogrodu Zoologicznego, zresztą po raz pierwszy nie tylko w Berlinie i Rzeszy, lecz zgoła w Europie. Tylko w Ameryce znano tę męczarnię już od kilku lat, bo tam wszystko, co niebywałe, tak czy owak przyciąga publiczność. Dlatego też nowojorskich zwycięzców z ostatniego sezonu, Floyda Mac Farlanda i Jimmy1 ego Morana, uważano za faworytów. Szkoda, że niemieckiemu kolarzowi Rüttowi, który dwa lata temu z holenderskim partnerem Stołem wygrał amerykański wyścig, nie dane było wystąpić w Berlinie. Uznany w Rzeszy za dezertera i zagrożony odpowiednią karą, nie mógł ryzykować przyjazdu do ojczyzny. Ale Stoi, ten przystojny nicpoń, wyjechał na tor i wkrótce stał się ulubieńcem publiczności. Ja naturalnie miałem nadzieję, ze Robi, Stellbrink i nasz kolarski as, Willy Arend, będą reprezentować niemieckie barwy ze wszystkich sił.
Bez przerwy, to znaczy dwadzieścia cztery godziny na dobę, doktor Willner kierował punktem lekarskim na sześciodniówce. Również my, jak kolarze, zajęliśmy prycze do spania wielkości kurnika, sklecone pod podłużną ścianą hali, tuż obok małego warsztatu mechaników i w jakiejś mierze izolowanego ośrodka opieki medycznej. A mieliśmy co robić. Już pierwszego dnia wyścigu upadł Poulain i przewracając się pociągnął za sobą naszego Willy’ego Arenda. Za obu, którzy musieli opuścić kilka okrążeń, pojechali Georget i Rosenlöcher, ten ostatni był później zmuszony wycofać się z powodu wyczerpania.
Bez przerwy, to znaczy dwadzieścia cztery godziny na dobę, doktor Willner kierował punktem lekarskim na sześciodniówce. Również my, jak kolarze, zajęliśmy prycze do spania wielkości kurnika, sklecone pod podłużną ścianą hali, tuż obok małego warsztatu mechaników i w jakiejś mierze izolowanego ośrodka opieki medycznej. A mieliśmy co robić. Już pierwszego dnia wyścigu upadł Poulain i przewracając się pociągnął za sobą naszego Willy’ego Arenda. Za obu, którzy musieli opuścić kilka okrążeń, pojechali Georget i Rosenlöcher, ten ostatni był później zmuszony wycofać się z powodu wyczerpania.
Chyba nawet trzy tysiące tłoczyły się w Skalnej Piwnicy. Ja przecież widziałem więcej niż ojciec, jako że posadził mnie sobie na
ramionach, jak to czynił już jego ojciec, kiedy Wilhelm Liebknecht albo towarzysz Bebel mówili o sytuacji klasy robotniczej. Taki był u nas zwyczaj. W każdym razie będąc szczeniakiem zawsze nie tylko widziałem, ale i słyszałem towarzysza Liebknechta z wysoka, poniekąd z górującej nad otoczeniem czatowni. Był wiecowym mówcą. Nigdy nie brakło mu słów. Szczególnie lubił agitować młodzież. Na świeżym powietrzu słyszałem, jak wołał ponad głowami wielu tysięcy: „Kto ma młodzież, ten ma armię!” Co przecież było też prorocze. W każdym razie siedząc na ramionach ojca wręcz się przestraszyłem, kiedy wrzasnął na nas: „Militaryzm to brutalny oprawca i zbroczony krwią szaniec obrony kapitalizmu!”
Bo pamiętam jak dziś, że napędził mi wręcz okropnego stracha mówiąc o wrogu wewnętrznym, którego trzeba zwalczać. Prawdopodobnie z tego powodu tak gwałtownie zachciało mi się siusiu, że wierciłem się na ojcowskich ramionach i wierciłem. Ale ojciec nie zauważył, co się ze mną działo, ponieważ był rozentuzjazmowany. A ja w swojej czatowni nie mogłem dłużej się wstrzymywać. I stało się to w roku dziewięćset siódmym, że przez spodnie z klapą obsiusiałem ojcowski kark. Wkrótce potem towarzysz Liebknecht został aresztowany i musiał, skazany przez Sąd Najwyższy Rzeszy za broszurę wzywającą do walki z militaryzmem, odsiedzieć cały rok, 1908, i dłużej, w kłodzkiej twierdzy.
Natomiast mój ojciec po tym, jak w najwyższej potrzebie zlałem mu się na plecy, zdjął mnie ze swoich ramion i podczas wiecu, podczas gdy towarzysz Liebknecht jeszcze agitował młodzież, spuścił mi tęgie lanie, tak że długo jeszcze czułem jego rękę. I dlatego, tylko dlatego, później, kiedy wreszcie się zaczęło, poleciałem do komendy rejonowej, zgłosiłem się na ochotnika, zostałem nawet odznaczony za odwagę i dwukrotnie ranny pod Arras i pod Verdun awansowałem na podoficera, chociaż zawsze, nawet jako dowódca oddziału szturmowego we Flandrii, byłem pewien, że towarzysz Liebknecht, którego później, dużo później zastrzeliło kilku kamratów z Freikorpusu, podobnie jak towarzyszkę Różę, i jedno z ciał wrzuciło nawet do Kanału Landwehry, agitując młodzież miał po stokroć rację.
ramionach, jak to czynił już jego ojciec, kiedy Wilhelm Liebknecht albo towarzysz Bebel mówili o sytuacji klasy robotniczej. Taki był u nas zwyczaj. W każdym razie będąc szczeniakiem zawsze nie tylko widziałem, ale i słyszałem towarzysza Liebknechta z wysoka, poniekąd z górującej nad otoczeniem czatowni. Był wiecowym mówcą. Nigdy nie brakło mu słów. Szczególnie lubił agitować młodzież. Na świeżym powietrzu słyszałem, jak wołał ponad głowami wielu tysięcy: „Kto ma młodzież, ten ma armię!” Co przecież było też prorocze. W każdym razie siedząc na ramionach ojca wręcz się przestraszyłem, kiedy wrzasnął na nas: „Militaryzm to brutalny oprawca i zbroczony krwią szaniec obrony kapitalizmu!”
Bo pamiętam jak dziś, że napędził mi wręcz okropnego stracha mówiąc o wrogu wewnętrznym, którego trzeba zwalczać. Prawdopodobnie z tego powodu tak gwałtownie zachciało mi się siusiu, że wierciłem się na ojcowskich ramionach i wierciłem. Ale ojciec nie zauważył, co się ze mną działo, ponieważ był rozentuzjazmowany. A ja w swojej czatowni nie mogłem dłużej się wstrzymywać. I stało się to w roku dziewięćset siódmym, że przez spodnie z klapą obsiusiałem ojcowski kark. Wkrótce potem towarzysz Liebknecht został aresztowany i musiał, skazany przez Sąd Najwyższy Rzeszy za broszurę wzywającą do walki z militaryzmem, odsiedzieć cały rok, 1908, i dłużej, w kłodzkiej twierdzy.
Natomiast mój ojciec po tym, jak w najwyższej potrzebie zlałem mu się na plecy, zdjął mnie ze swoich ramion i podczas wiecu, podczas gdy towarzysz Liebknecht jeszcze agitował młodzież, spuścił mi tęgie lanie, tak że długo jeszcze czułem jego rękę. I dlatego, tylko dlatego, później, kiedy wreszcie się zaczęło, poleciałem do komendy rejonowej, zgłosiłem się na ochotnika, zostałem nawet odznaczony za odwagę i dwukrotnie ranny pod Arras i pod Verdun awansowałem na podoficera, chociaż zawsze, nawet jako dowódca oddziału szturmowego we Flandrii, byłem pewien, że towarzysz Liebknecht, którego później, dużo później zastrzeliło kilku kamratów z Freikorpusu, podobnie jak towarzyszkę Różę, i jedno z ciał wrzuciło nawet do Kanału Landwehry, agitując młodzież miał po stokroć rację.
W naszej rodzinie taki jest zwyczaj: ojciec bierze syna ze sobą. Już mój dziadek, który pracował na kolei i należał do związku, brał ze sobą swojego pierworodnego, kiedy na Hasenheide znów przemawiał Wilhelm Liebknecht. A mój ojciec, też kolejarz i towarzysz, z tych wielkich wieców, które póki rządził Bismarck, były zakazane, wprost wbijał mi do głowy poniekąd prorocze zdanie: „Aneksja Alzacji i Lotaryngii nie przyniesie nam pokoju, tylko wojnę!”
Teraz to on brał mnie ze sobą, dziewięcio- czy dziesięcioletniego szczeniaka, kiedy syn Wilhelma, towarzysz Karl Liebknecht, przemawiał albo pod gołym niebem, albo, jeśli było to zakazane, w zadymionych gospodach. Jeździł też ze mną do Spandau, bo Liebknecht tam kandydował w wyborach. A w roku dziewięćset piątym, ponieważ ojcu jako maszyniście przysługiwały darmowe bilety, dane mi nawet było pojechać koleją do Lipska, bo w Skalnej Piwnicy w Plagwitz Karl Liebknecht mówił o wielkim strajku w Zagłębiu Ruhry, o którym głośno było wtedy we wszystkich gazetach. Ale on gadał nie tylko o górnikach i agitował nie tylko przeciwko pruskim posiadaczom ziemskim i magnatom przemysłowym, lecz głównie i wręcz proroczo rozwodził się nad strajkiem generalnym jako przyszłym sposobem walki proletariackich mas. Mówił swobodnie, sypiąc słowami jak z rękawa. I już był przy rewolucji w Rosji i przy splamionym krwią caracie.
W trakcie przemówienia raz po raz zrywały się oklaski. A na koniec jednogłośnie przyjęto rezolucję, w której zebrani - ojciec mówił, że na pewno było ich ponad dwa tysiące — solidaryzowali się z bohaterskimi bojownikami w Zagłębiu Ruhry i w Rosji.
Teraz to on brał mnie ze sobą, dziewięcio- czy dziesięcioletniego szczeniaka, kiedy syn Wilhelma, towarzysz Karl Liebknecht, przemawiał albo pod gołym niebem, albo, jeśli było to zakazane, w zadymionych gospodach. Jeździł też ze mną do Spandau, bo Liebknecht tam kandydował w wyborach. A w roku dziewięćset piątym, ponieważ ojcu jako maszyniście przysługiwały darmowe bilety, dane mi nawet było pojechać koleją do Lipska, bo w Skalnej Piwnicy w Plagwitz Karl Liebknecht mówił o wielkim strajku w Zagłębiu Ruhry, o którym głośno było wtedy we wszystkich gazetach. Ale on gadał nie tylko o górnikach i agitował nie tylko przeciwko pruskim posiadaczom ziemskim i magnatom przemysłowym, lecz głównie i wręcz proroczo rozwodził się nad strajkiem generalnym jako przyszłym sposobem walki proletariackich mas. Mówił swobodnie, sypiąc słowami jak z rękawa. I już był przy rewolucji w Rosji i przy splamionym krwią caracie.
W trakcie przemówienia raz po raz zrywały się oklaski. A na koniec jednogłośnie przyjęto rezolucję, w której zebrani - ojciec mówił, że na pewno było ich ponad dwa tysiące — solidaryzowali się z bohaterskimi bojownikami w Zagłębiu Ruhry i w Rosji.
Żebym tak zdrów był! Wsiadłem w najbliższy pociąg, nie pakując się długo, wziąłem jednak ze sobą nasze pierwsze płyty szelakowe, tez nagraniem Melby niejako w charakterze gościńca. Co to była za podróż! Znacie państwo restaurację Jar? Wyśmienita! Zrobiła się z tego długa noc w chambre separee. Z początku piliśmy tylko wódkę ze szklanek, aż w końcu Fiodor przeżegnał się i zaczął śpiewać. Nie, nie ten swój popisowy numer z „Borysa Codunowa”, tylko same pobożne kawałki, którymi grzmią przepastnie głębokie basy mnichów. Potem przeszliśmy na szampana. Ale dopiero nad ranem Szalapin płacząc i żegnając się ciągle znakiem krzyża
podpisał. Ponieważ ja od dziecka kuleję, on, kiedy nalegałem na złożenie podpisu, widział chyba we mnie diabła. A do podpisania doszło tylko dlatego, że pozyskaliśmy już wcześniej wielkiego tenora Sobinowa i mogłem przedłożyć jego umowę niejako na wzór. W każdym razie Szalapin stał się naszą pierwszą prawdziwą gwiazdą płytową.
Odtąd przychodzili wszyscy: Leo Slezak, Alessandro Moreschi, którego nagraliśmy na płytę jako ostatniego kastrata. A potem w hotelu di Milano - nie do wiary, wiem, bo piętro wyżej od pokoju, w którym umarł Verdi - udało mi się doprowadzić do pierwszych nagrań - dziesięć arii! - Enrica Caruso. Niebawem śpiewała dla nas także Adelina Patti i Bóg wie kto jeszcze. Dostarczaliśmy płyty do wszystkich krajów. Do naszych stałych klientów należały domy królewskie Anglii i Hiszpanii. Co się tyczy banku Rothschilda w Paryżu, to Rappaport zdołał nawet paroma fortelami odstawić jego amerykańskiego dostawcę. Mimo to dla mnie jako sprzedawcy płyt jasne było, że nie wolno nam stawiać na ekskluzywność, bo liczy się tylko masa, i że musimy się zdecentralizować, aby z dalszymi wytwórniami w Barcelonie, Wiedniu i - żebym tak zdrów był! — Kalkucie utrzymać się na światowym rynku. Dlatego pożar w Hanowerze nie był zupełną katastrofą. Ale zmartwił nas, bo przy Celler Chaussee bardzo skromnie zaczynaliśmy z braćmi Ber-linerami. Wprawdzie oni obaj byli geniuszami, a ja tylko sprzedawcą płyt, ale Rappaport zawsze wiedział: dzięki płycie i gramofonowi świat wymyśla się na nowo. Mimo to Szalapin długo jeszcze żegnał się iks razy przed każdym nagraniem.
podpisał. Ponieważ ja od dziecka kuleję, on, kiedy nalegałem na złożenie podpisu, widział chyba we mnie diabła. A do podpisania doszło tylko dlatego, że pozyskaliśmy już wcześniej wielkiego tenora Sobinowa i mogłem przedłożyć jego umowę niejako na wzór. W każdym razie Szalapin stał się naszą pierwszą prawdziwą gwiazdą płytową.
Odtąd przychodzili wszyscy: Leo Slezak, Alessandro Moreschi, którego nagraliśmy na płytę jako ostatniego kastrata. A potem w hotelu di Milano - nie do wiary, wiem, bo piętro wyżej od pokoju, w którym umarł Verdi - udało mi się doprowadzić do pierwszych nagrań - dziesięć arii! - Enrica Caruso. Niebawem śpiewała dla nas także Adelina Patti i Bóg wie kto jeszcze. Dostarczaliśmy płyty do wszystkich krajów. Do naszych stałych klientów należały domy królewskie Anglii i Hiszpanii. Co się tyczy banku Rothschilda w Paryżu, to Rappaport zdołał nawet paroma fortelami odstawić jego amerykańskiego dostawcę. Mimo to dla mnie jako sprzedawcy płyt jasne było, że nie wolno nam stawiać na ekskluzywność, bo liczy się tylko masa, i że musimy się zdecentralizować, aby z dalszymi wytwórniami w Barcelonie, Wiedniu i - żebym tak zdrów był! — Kalkucie utrzymać się na światowym rynku. Dlatego pożar w Hanowerze nie był zupełną katastrofą. Ale zmartwił nas, bo przy Celler Chaussee bardzo skromnie zaczynaliśmy z braćmi Ber-linerami. Wprawdzie oni obaj byli geniuszami, a ja tylko sprzedawcą płyt, ale Rappaport zawsze wiedział: dzięki płycie i gramofonowi świat wymyśla się na nowo. Mimo to Szalapin długo jeszcze żegnał się iks razy przed każdym nagraniem.
Pod koniec listopada spaliła się do cna nasze wytwórnia przy Celler Chaussee. A szło nam pierwszorzędnie. Żebym tak zdrów był: wypluwaliśmy trzydzieści sześć tysięcy płyt dziennie. Wyrywali nam te krążki z rąk. A nasze obroty na rynku płytowym sięgnęły dwunastu milionów marek rocznie. Interes szedł nadzwyczaj dobrze, ponieważ w Hanowerze od dwóch lat tłoczyliśmy płyty zapisywane obustronnie. Takie były poza tym tylko w Ameryce. Dużo wojskowych fanfar. Mało muzyki zaspokajającej wyższe wymagania. Ale potem Rappaportowi, czyli mojej skromnej osobie, udało się namówić na nagranie Nellie Melbę, „wielką Melbę”. Z początku certowała się jak później Szalapin, który potwornie się bał, że przez to diabelstwo, jak nazywał naszą najnowszą technikę, zatraci swój miękki bas. Joseph Berliner, który ze swym bratem Emilem jeszcze przed końcem minionego wieku założył w Hanowerze „Die Deutsche Grammophon”, potem siedzibę firmy przeniósł do Berlina i przy kapitale zakładowym wynoszącym tylko dwadzieścia tysięcy marek podjął spore ryzyko, powiedział mi któregoś pięknego ranka: - Pakuj walizki, Rappaport, musisz jak najszybciej jechać do Moskwy i, nie pytaj mnie jak, przekabacić Szalapina.
Ale moje marzenie wszelako się spełniło. Mimo wykazanej w niezliczonych opowieściach detektywistycznej intuicji Conan Doyle nie mógł przewidzieć, jak wielu młodych Niemców wymarzyło sobie - podobnie jak ja - szybkie zanurzanie, przesuwające się po horyzoncie spojrzenie przez peryskop, kołyszące się ku swemu przeznaczeniu tankowce, komendę: „Torpeda w celu!”, wiele przyjmowanych z entuzjazmem trafień, serdecznie koleżeńską zażyłość i ozdobioną proporczykami drogę powrotną. A ja, który od początku byłem przy tym i z biegiem czasu wszedłem do literatury, nie mogłem przewidzieć, że dziesiątki tysięcy naszych chłopaków nie wynurzą się ze swego podwodnego marzenia.
Niestety, dzięki ostrzeżeniom sir Arthura, nie powiodła się nasza kolejna próba rzucenia Anglii na kolana. Tylu martwych. Ale kapitan Syriusz był skazany na przeżycie każdego zanurzenia.
Niestety, dzięki ostrzeżeniom sir Arthura, nie powiodła się nasza kolejna próba rzucenia Anglii na kolana. Tylu martwych. Ale kapitan Syriusz był skazany na przeżycie każdego zanurzenia.
W drugiej części książki wypowiadali się specjaliści od marynarki i inni rzeczoznawcy, potwierdzając bez wyjątku ogłoszone przez autora Conan Doyle’a ostrzeżenie przed groźbą łodzi podwodnych. Ktoś - wiceadmirał w stanie spoczynku - radził, żeby jak kiedyś Józef w Egipcie tak obecnie w Anglii budować spichrze na zboże i chronić cłami produkty rodzimego rolnictwa. Nagląco domagano się odejścia od dogmatycznego wyspiarskiego myślenia i wykopania wreszcie tunelu do Francji. Inny wiceadmirał proponował, żeby statki handlowe mogły pływać już tylko w konwojach i żeby przezbroić szybkie i zwrotne okręty wojenne na walkę z łodziami podwodnymi. Same mądre wskazówki, których użyteczność niestety znalazła potwierdzenie w rzeczywistym przebiegu wojny. Jeśli chodzi o działanie bomb głębinowych, to ja dużo miałbym do powiedzenia.
Szkoda, że mój twórca, sir Arthur, zapomniał napisać, że jako młody podporucznik byłem przy tym w Kilonii, gdy 4 sierpnia 1906 w stoczni Germania dźwig stoczniowy posadził na wodzie naszą pierwszą zdatną do morskich działań łódź, bez udziału osób postronnych, bo ściśle tajnie. Do tego momentu byłem drugim oficerem na torpedowcu, a teraz zgłosiłem się na ochotnika do wypróbowania naszej słabo jeszcze rozwiniętej podwodnej broni. Będąc członkiem załogi, doświadczyłem po raz pierwszy, jak to jest, gdy „U 1” została spuszczona na głębokość trzydziestu metrów, a wkrótce później o własnych siłach dotarła na pełne morze. Muszę wszelako przyznać, że firma Krupp już przedtem zleciła budowę według planów hiszpańskiego inżyniera trzynastometrowej łodzi, która pod wodą osiągała pięć i pół węzła. „Forelle” wzbudziła nawet zainteresowanie cesarza. Książę Heinrich osobiście wziął udział w podwodnym rejsie. Niestety Urząd Marynarki odwlekał dalsze prace nad ulepszeniem „Forelle”. A ponadto były kłopoty z silnikiem naftowym. Kiedy jednak z rocznym opóźnieniem „U 1” została w Eckernförde oddana do służby, nie było już przestojów, mimo że „Forelle” i trzydziestodziewięciometrową łódź, „Kambala”, uzbrojoną już w trzy torpedy, sprzedano później Rosji. Z przykrością przyjąłem fakt, że odkomenderowano mnie do uroczystego przekazania. Przybyli specjalnie z Petersburga popi pobłogosławili łodzie wodą święconą od dziobu po rufę. Po długotrwałym transportowaniu drogą lądową spuszczono je we Władywostoku na wodę, za późno, żeby można było je użyć przeciwko Japończykom.
Szkoda, że mój twórca, sir Arthur, zapomniał napisać, że jako młody podporucznik byłem przy tym w Kilonii, gdy 4 sierpnia 1906 w stoczni Germania dźwig stoczniowy posadził na wodzie naszą pierwszą zdatną do morskich działań łódź, bez udziału osób postronnych, bo ściśle tajnie. Do tego momentu byłem drugim oficerem na torpedowcu, a teraz zgłosiłem się na ochotnika do wypróbowania naszej słabo jeszcze rozwiniętej podwodnej broni. Będąc członkiem załogi, doświadczyłem po raz pierwszy, jak to jest, gdy „U 1” została spuszczona na głębokość trzydziestu metrów, a wkrótce później o własnych siłach dotarła na pełne morze. Muszę wszelako przyznać, że firma Krupp już przedtem zleciła budowę według planów hiszpańskiego inżyniera trzynastometrowej łodzi, która pod wodą osiągała pięć i pół węzła. „Forelle” wzbudziła nawet zainteresowanie cesarza. Książę Heinrich osobiście wziął udział w podwodnym rejsie. Niestety Urząd Marynarki odwlekał dalsze prace nad ulepszeniem „Forelle”. A ponadto były kłopoty z silnikiem naftowym. Kiedy jednak z rocznym opóźnieniem „U 1” została w Eckernförde oddana do służby, nie było już przestojów, mimo że „Forelle” i trzydziestodziewięciometrową łódź, „Kambala”, uzbrojoną już w trzy torpedy, sprzedano później Rosji. Z przykrością przyjąłem fakt, że odkomenderowano mnie do uroczystego przekazania. Przybyli specjalnie z Petersburga popi pobłogosławili łodzie wodą święconą od dziobu po rufę. Po długotrwałym transportowaniu drogą lądową spuszczono je we Władywostoku na wodę, za późno, żeby można było je użyć przeciwko Japończykom.
Nazywajcie mnie kapitanem Syriuszem. Moim twórcą jest sir Arthur Conan Doyle, sławny autor popularnych na całym świecie opowieści o Sherlocku Holmesie, w których kryminalistykę uprawia się z naukową ścisłością. I jakby mimochodem próbował on ostrzec wyspiarską Anglię przed grożącym niebezpieczeństwem ogłaszając - w osiem lat po spuszczeniu na wodę naszej pierwszej zdatnej do morskich działań łodzi podwodnej - opowiadanie pod tytułem „Zagrożenie”, które w wojennym roku piętnastym ukazało się w niemieckim przekładzie jako „Wojna łodzi podwodnych, czyli jak kapitan Syriusz pokonał Anglię”, i do końca wojny doczekało się osiemnastu wydań, z czasem jednak, jak się wydaje, zostało zapomniane.
Według tej proroczej książeczki udało mi się jako kapitanowi Syriuszowi, królowi Norlandii, pod którą to nazwą występowała nasza Rzesza, przekonać o śmiałej, ale mimo to dającej się udowodnić możliwości odcięcia Anglii w zaledwie osiem łodzi podwodnych - więcej nie mieliśmy - od wszelkiego dowozu żywności i bezapelacyjnego zmuszenia głodem do poddania. Nasze łodzie nazywały się: „Alpha”, „Beta”, „Gamma”, „Theta”, „Delta”, „Epsilon”, „Jota” i „Kappa”. Ostatnia z wymienionych łodzi w trakcie zwycięskiej w sumie operacji niestety zaginęła w Kanale Angielskim. Ja byłem kapitanem „Joty” i dowodziłem całą flotyllą. Pierwsze sukcesy mogliśmy odnotować u ujścia Tamizy, nie opodal wyspy Sheerness: w krótkich odstępach zatopiłem trafieniami torped w śródokręcie „Adelę”, wyładowaną baraniną z Nowej Zelandii, zaraz po niej „Moldavie” towarzystwa Oriental, a następnie „Cosco”, oba statki z ładunkiem zboża. Po dalszych sukcesach u wybrzeży Kanału i pilnym zatapianiu statków aż po Morze Irlandzkie, w czym uczestniczyła cała nasza flotylla, atakując grupowo lub w pojedynkę, najpierw w Londynie, potem na całej wyspie ceny zaczęły rosnąć: pięciopensowy bochenek chleba kosztował niebawem półtora szylinga. Systematycznie blokując wszystkie ważne porty przywozowe windowaliśmy dalej paskarskie ceny i wywołaliśmy jak kraj długi i szeroki klęskę głodu. Głodująca ludność protestowała gwałtownie przeciwko rządowi. Giełda, świętość Imperium, została wzięta szturmem. Kto należał do warstwy wyższej lub mógł sobie na to pozwolić z innych względów, ten uciekał do Irlandii, gdzie bądź co bądź było pod dostatkiem ziemniaków. Na koniec dumna Anglia musiała upokorzona zawrzeć pokój z Norlandią.
Według tej proroczej książeczki udało mi się jako kapitanowi Syriuszowi, królowi Norlandii, pod którą to nazwą występowała nasza Rzesza, przekonać o śmiałej, ale mimo to dającej się udowodnić możliwości odcięcia Anglii w zaledwie osiem łodzi podwodnych - więcej nie mieliśmy - od wszelkiego dowozu żywności i bezapelacyjnego zmuszenia głodem do poddania. Nasze łodzie nazywały się: „Alpha”, „Beta”, „Gamma”, „Theta”, „Delta”, „Epsilon”, „Jota” i „Kappa”. Ostatnia z wymienionych łodzi w trakcie zwycięskiej w sumie operacji niestety zaginęła w Kanale Angielskim. Ja byłem kapitanem „Joty” i dowodziłem całą flotyllą. Pierwsze sukcesy mogliśmy odnotować u ujścia Tamizy, nie opodal wyspy Sheerness: w krótkich odstępach zatopiłem trafieniami torped w śródokręcie „Adelę”, wyładowaną baraniną z Nowej Zelandii, zaraz po niej „Moldavie” towarzystwa Oriental, a następnie „Cosco”, oba statki z ładunkiem zboża. Po dalszych sukcesach u wybrzeży Kanału i pilnym zatapianiu statków aż po Morze Irlandzkie, w czym uczestniczyła cała nasza flotylla, atakując grupowo lub w pojedynkę, najpierw w Londynie, potem na całej wyspie ceny zaczęły rosnąć: pięciopensowy bochenek chleba kosztował niebawem półtora szylinga. Systematycznie blokując wszystkie ważne porty przywozowe windowaliśmy dalej paskarskie ceny i wywołaliśmy jak kraj długi i szeroki klęskę głodu. Głodująca ludność protestowała gwałtownie przeciwko rządowi. Giełda, świętość Imperium, została wzięta szturmem. Kto należał do warstwy wyższej lub mógł sobie na to pozwolić z innych względów, ten uciekał do Irlandii, gdzie bądź co bądź było pod dostatkiem ziemniaków. Na koniec dumna Anglia musiała upokorzona zawrzeć pokój z Norlandią.
Prócz zaniepokojonych depesz demonstracyjny występ nie przyniósł nic. Podczas gdy Jego Cesarska Mość wygłaszał dziarskie przemówienia, Francja i Anglia uzgodniły stanowisko wobec Egiptu i Maroka. Dla mnie cała sprawa tak czy owak była śmieszna. I podobnie śmieszne wydało mi się pojawienie w sześć lat później naszej kanonierki „Panther” pod Agadirem. Pewnie, coś takiego wywołało pomrukujący teatralny grzmot. Ale trwałe wrażenie pozostawił jedynie lśniący w blasku słońca hełm cesarza. Tutejsi kotlarze podrobili go starannie i rzucili na wszystkie targowiska. Długo jeszcze - w każdym razie dłużej niż utrzymywał się nasz Eksport-Import - w soukach Tangeru i Marrakeszu można było kupić pruskie pikielhauby w miniaturze i ponadnaturalnej wielkości jako souvenir, ale i użyteczną spluwaczkę; ja do dzisiejszego dnia używam takiego hełmu, który tkwi grotem w skrzynce z piaskiem.
Mojemu ojcu wszakże, którego nie tylko w sprawach handlowych cechowała podszyta z reguły obawą przed najgorszym dalekowzroczność i który swego syna nie bez podstaw nazywał czasem lekkoduchem, moje najzabawniejsze pomysły nie rozśmieszały, lecz coraz bardziej skłaniały do wypowiadania nie tylko przy stole zatroskanej konstatacji: - Jesteśmy okrążani, z pomocą Rosjan Brytyjczycy i Francuzi nas okrążają. - A niekiedy budził nasz niepokój dorzucanym zdaniem: - Wprawdzie cesarz umie potrząsać szabelką, ale prawdziwą politykę robią inni.
Mojemu ojcu wszakże, którego nie tylko w sprawach handlowych cechowała podszyta z reguły obawą przed najgorszym dalekowzroczność i który swego syna nie bez podstaw nazywał czasem lekkoduchem, moje najzabawniejsze pomysły nie rozśmieszały, lecz coraz bardziej skłaniały do wypowiadania nie tylko przy stole zatroskanej konstatacji: - Jesteśmy okrążani, z pomocą Rosjan Brytyjczycy i Francuzi nas okrążają. - A niekiedy budził nasz niepokój dorzucanym zdaniem: - Wprawdzie cesarz umie potrząsać szabelką, ale prawdziwą politykę robią inni.
Już mój ojciec z poruczenia towarzystwa żeglugowego z Bremy pracował w Tangerze, Casablance i Marrakeszu, i to na długo przed pierwszym kryzysem marokańskim. Człowiek wiecznie zatroskany, któremu polityka, w szczególności rządzący daleko kanclerz Bülow, mąciła bilanse. Dla mnie jako jego syna, który wprawdzie utrzymywał nasz dom handlowy mniej więcej na powierzchni, mimo silnej francuskiej i hiszpańskiej konkurencji, ale prowadząc codzienne interesy zajmował się szafranem, figami, daktylami i orzechami kokosowymi bez prawdziwej pasji, toteż chętnie zamieniał kantor na herbaciarnię, a i poza tym dla wszelkiej rozrywki odwiedzał souki, ciągłe gadanie o kryzysie przy stole i w klubie było raczej śmieszne. Zatem również spontaniczną wizytę cesarza u sułtana obserwowałem z dystansu i przez ironiczny monokl, zwłaszcza że Abd Al Aziz nawet na niezapowiedziane odwiedziny władcy innego państwa potrafił zareagować godnym podziwu spektaklem, osłaniając dostojnego gościa z pomocą malowniczej gwardii przybocznej i angielskich agentów, a po kryjomu zapewniając sobie jednak łaskawość i opiekę Francji.
Mimo wielokrotnie wyśmiewanych wpadek przy lądowaniu - barkas z monarchą omal się nie wywrócił — występ cesarza był imponujący. Wjechał do Tangeru na wypożyczonym, najwidoczniej nerwowym siwku, mocno trzymając się w siodle. Były nawet radosne okrzyki. Wszelako spontanicznie podziwiano w szczególności jego hełm, który wysyłał harmonizujące ze słońcem sygnały świetlne.
Później po herbaciarniach, ale i w klubie kursowały karykatury, na których ozdobiony orłem hełm, wyzbyty jakiejkolwiek fizjonomii, za to z cesarskim wąsem, prowadził ożywione rozmowy. W dodatku rysownik - nie, to nie ja byłem tym złoczyńcą, tylko artysta, którego znałem z Bremy i który utrzymywał kontakty z bracią artystyczną z Worpswede - potrafił tak zręcznie ukazać hełm i podkręcony wąs na marokańskim tle, że kopuły meczetów i ich minarety jak najżywiej współgrały z krągłością bogato zdobionej pikielhauby i spiczastym grotem.
Mimo wielokrotnie wyśmiewanych wpadek przy lądowaniu - barkas z monarchą omal się nie wywrócił — występ cesarza był imponujący. Wjechał do Tangeru na wypożyczonym, najwidoczniej nerwowym siwku, mocno trzymając się w siodle. Były nawet radosne okrzyki. Wszelako spontanicznie podziwiano w szczególności jego hełm, który wysyłał harmonizujące ze słońcem sygnały świetlne.
Później po herbaciarniach, ale i w klubie kursowały karykatury, na których ozdobiony orłem hełm, wyzbyty jakiejkolwiek fizjonomii, za to z cesarskim wąsem, prowadził ożywione rozmowy. W dodatku rysownik - nie, to nie ja byłem tym złoczyńcą, tylko artysta, którego znałem z Bremy i który utrzymywał kontakty z bracią artystyczną z Worpswede - potrafił tak zręcznie ukazać hełm i podkręcony wąs na marokańskim tle, że kopuły meczetów i ich minarety jak najżywiej współgrały z krągłością bogato zdobionej pikielhauby i spiczastym grotem.
- U nas w Herne to się już na krótko przed Bożym Narodzeniem zaczęło...
- To kopalnie są Hugo Stinnesa...
- Ale kasowanie wózków zdarza się też gdzie indziej, w kopalniach harpeńskich, jak wózki nie są naładowane do pełna albo zawierają trochę nieczystego węgla...
- Za to wymierza się kary pieniężne...
- Pewnie, panie radco. Ale jednym z powodów strajku spokojnych zazwyczaj górników może być rozpowszechniona w całym Zagłębiu i bagatelizowana przez zarządy kopalń robaczyca, na którą zapadła jedna piąta wszystkich gwarków...
- Jak by mnie się ktoś pytał, to te robaki nawet do kopalnianych koni dopadły...
- E tam, to Polaki tę zarazę przywlokły...
- Ale strajkować to strajkują wszyscy, także polscy górnicy, których przecież, jak pan wie, panie radco, zwykle łatwo jest uspokoić...
- Gorzałką!
- Gadanie! Pić to tutaj wszyscy piją...
- W każdym razie komitet strajkowy powołuje się na berliński protokół ugody z osiemdziesiątego dziewiątego, a zatem na ośmiogodzinną, normalną szychtę...
- Nigdzie tego nie ma! Wszędzie przedłuża się zjazdy na dół...
- U nas w Herne tośmy są pod ziemią dziesięć godzin...
- Ale jak by mnie się ktoś pytał, to tego kasowania wózków w ostatnim czasie coraz więcej jest...
- Strajk objął już przeszło sześćdziesiąt szybów...
- Poza tym znów są czarne listy...
- A w Wesel pięćdziesiąty siódmy pułk piechoty stoi w pogotowiu z bronią u nogi...
- To nonsens, ludzie! Do tej pory w całym Zagłębiu do akcji weszli tylko żandarmi...
- Ale u nas w Herne to urzędnikom kopalń, takim jak pan, dali opaski i pałki i policję kopalnianą z nich zrobili...
- Nazywają ich Pinkertonami, bo to Amerykanin Pinkerton pierwszy wpadł na ten wredny podstęp...
- A że teraz wszędzie jest strajk generalny, to Hugo Stinnes na unieruchomieniu swoich kopalń...
- Za to w Rosji rywolucja narasta...
- A w Berlinie towarzysz Liebknecht...
- Ale tam wojsko z miejsca wkroczyło i zaczęło strzelać...
- Jak w Południowo-Zachodniej, tam nasi też nie patyczkują się z Hotentotami...
-W każdym razie w całym Zagłębiu strajk objął teraz przeszło dwieście kopalń...
- Obliczono, że to osiemdziesiąt pięć procent...
- Przebiega jednak jak do tej pory dość spokojnie, w sposób uporządkowany, panie radco, ponieważ nawet kierownictwo związku...
- Nie tak jak w Rosji, gdzie rywolucja coraz bardziej na sile przybiera...
- I dlatego, towarzysze, w Herne po raz pierwszy wystąpiło się przeciwko łamistrajkom...
- Ponieważ jednak Stinnes nadal odrzuca wszelkie porozumienie, należy się obawiać...
- W Rosji panuje teraz stan wojenny...
- Ale nasze chłopaki tych Hererów i podobnych Hotentotów zagnali po prostu na pustynię...
-W każdym razie Liebknecht nazwał robotników w Petersburgu i nas w Zagłębiu bohaterami proletariatu...
- Ale z Japończykami Ruscy tak łatwo sobie nie poradzą...
- A u nas w Herne to teraz strzelali...
- Ale tylko w powietrze...
- W każdym razie wszyscy żeśmy rzucili się do ucieczki...
- Sprzed bramy kopalni na przełaj przez plac...
- Nie, panie radco, to nie wojsko, policja tylko...
- Ale mimo to żeśmy uciekali...
- Nic tu po nas, żem powiedział do Antona...
- To kopalnie są Hugo Stinnesa...
- Ale kasowanie wózków zdarza się też gdzie indziej, w kopalniach harpeńskich, jak wózki nie są naładowane do pełna albo zawierają trochę nieczystego węgla...
- Za to wymierza się kary pieniężne...
- Pewnie, panie radco. Ale jednym z powodów strajku spokojnych zazwyczaj górników może być rozpowszechniona w całym Zagłębiu i bagatelizowana przez zarządy kopalń robaczyca, na którą zapadła jedna piąta wszystkich gwarków...
- Jak by mnie się ktoś pytał, to te robaki nawet do kopalnianych koni dopadły...
- E tam, to Polaki tę zarazę przywlokły...
- Ale strajkować to strajkują wszyscy, także polscy górnicy, których przecież, jak pan wie, panie radco, zwykle łatwo jest uspokoić...
- Gorzałką!
- Gadanie! Pić to tutaj wszyscy piją...
- W każdym razie komitet strajkowy powołuje się na berliński protokół ugody z osiemdziesiątego dziewiątego, a zatem na ośmiogodzinną, normalną szychtę...
- Nigdzie tego nie ma! Wszędzie przedłuża się zjazdy na dół...
- U nas w Herne tośmy są pod ziemią dziesięć godzin...
- Ale jak by mnie się ktoś pytał, to tego kasowania wózków w ostatnim czasie coraz więcej jest...
- Strajk objął już przeszło sześćdziesiąt szybów...
- Poza tym znów są czarne listy...
- A w Wesel pięćdziesiąty siódmy pułk piechoty stoi w pogotowiu z bronią u nogi...
- To nonsens, ludzie! Do tej pory w całym Zagłębiu do akcji weszli tylko żandarmi...
- Ale u nas w Herne to urzędnikom kopalń, takim jak pan, dali opaski i pałki i policję kopalnianą z nich zrobili...
- Nazywają ich Pinkertonami, bo to Amerykanin Pinkerton pierwszy wpadł na ten wredny podstęp...
- A że teraz wszędzie jest strajk generalny, to Hugo Stinnes na unieruchomieniu swoich kopalń...
- Za to w Rosji rywolucja narasta...
- A w Berlinie towarzysz Liebknecht...
- Ale tam wojsko z miejsca wkroczyło i zaczęło strzelać...
- Jak w Południowo-Zachodniej, tam nasi też nie patyczkują się z Hotentotami...
-W każdym razie w całym Zagłębiu strajk objął teraz przeszło dwieście kopalń...
- Obliczono, że to osiemdziesiąt pięć procent...
- Przebiega jednak jak do tej pory dość spokojnie, w sposób uporządkowany, panie radco, ponieważ nawet kierownictwo związku...
- Nie tak jak w Rosji, gdzie rywolucja coraz bardziej na sile przybiera...
- I dlatego, towarzysze, w Herne po raz pierwszy wystąpiło się przeciwko łamistrajkom...
- Ponieważ jednak Stinnes nadal odrzuca wszelkie porozumienie, należy się obawiać...
- W Rosji panuje teraz stan wojenny...
- Ale nasze chłopaki tych Hererów i podobnych Hotentotów zagnali po prostu na pustynię...
-W każdym razie Liebknecht nazwał robotników w Petersburgu i nas w Zagłębiu bohaterami proletariatu...
- Ale z Japończykami Ruscy tak łatwo sobie nie poradzą...
- A u nas w Herne to teraz strzelali...
- Ale tylko w powietrze...
- W każdym razie wszyscy żeśmy rzucili się do ucieczki...
- Sprzed bramy kopalni na przełaj przez plac...
- Nie, panie radco, to nie wojsko, policja tylko...
- Ale mimo to żeśmy uciekali...
- Nic tu po nas, żem powiedział do Antona...
Po zmianie stron byliśmy nie do zatrzymania. W niespełna pięć minut Stany i Riso trzykrotnie trafili do siatki, a jeszcze przed tym gradem bramek objęliśmy prowadzenie po strzale Friedricha, Stany zaś zdobył swojego pierwszego gola. Co prawda prażanie po naszym niecelnym podaniu zdołali jeszcze raz celnie strzelić, potem wszakże — jak się rzekło — myśmy docisnęli i radość była wielka. Nawet grający w pomocy pracowity Robitsek, który jednak brutalnie sfaulował naszego Stany’ego, nie potrafił powstrzymać naszych. Pan Behr udzielił Robiemu upomnienia za niesportowe zagranie, a na krótko przed końcowym gwizdkiem Riso zdobył siódmą bramkę.
Prażanie — przedtem tak wychwalani — bardzo rozczarowali, zwłaszcza w ataku. Za dużo podań do tyłu, za dużo kunktatorstwa na polu karnym. Później mówiło się, że Stany i Riso byli bohaterami dnia. Ale to nieprawda. Cała jedenastka walczyła jak jeden mąż, choć Bruno Stanischewski, u nas nazywany po prostu Stany, już wtedy dał próbkę tego, co piłkarze polskiego pochodzenia zrobili z biegiem lat dla niemieckiego futbolu. Ponieważ ja długo jeszcze pracowałem w naszym zarządzie, ostatnie lata jako skarbnik, i często bywałem na meczach wyjazdowych, widziałem też jeszcze Fritza Szepana i jego szwagra, Ernsta Kuzorrę, a więc „wirówkę” Schalke, i oglądałem wielkie triumfy tej drużyny, mogę śmiało powiedzieć: od meczu o mistrzostwo w Altonie z niemieckim futbolem było coraz lepiej, między innymi dzięki zapałowi do gry i bramkostrzelności zniemczonych Polaków.
Prażanie — przedtem tak wychwalani — bardzo rozczarowali, zwłaszcza w ataku. Za dużo podań do tyłu, za dużo kunktatorstwa na polu karnym. Później mówiło się, że Stany i Riso byli bohaterami dnia. Ale to nieprawda. Cała jedenastka walczyła jak jeden mąż, choć Bruno Stanischewski, u nas nazywany po prostu Stany, już wtedy dał próbkę tego, co piłkarze polskiego pochodzenia zrobili z biegiem lat dla niemieckiego futbolu. Ponieważ ja długo jeszcze pracowałem w naszym zarządzie, ostatnie lata jako skarbnik, i często bywałem na meczach wyjazdowych, widziałem też jeszcze Fritza Szepana i jego szwagra, Ernsta Kuzorrę, a więc „wirówkę” Schalke, i oglądałem wielkie triumfy tej drużyny, mogę śmiało powiedzieć: od meczu o mistrzostwo w Altonie z niemieckim futbolem było coraz lepiej, między innymi dzięki zapałowi do gry i bramkostrzelności zniemczonych Polaków.
W Zielone Świątki tuż po wpół do piątej zaczął się finał. My, reprezentanci Lipska, pojechaliśmy nocnym pociągiem: nasza jedenastka, trzech rezerwowych graczy, trener drużyny, dwaj panowie z zarządu. Jaki tam sypialny! Jasne, że wszyscy, także ja, wzięliśmy trzecią klasę, z wielkim trudem przecież uzbieraliśmy forsę na podróż. Nasi chłopcy bez szemrania wyciągnęli się jak dłudzy na twardych ławkach i prawie do Uelzen dali mi prawdziwy koncert chrapań.
Tak to dotarliśmy do Altony czując drogę w kościach, ale mimo to rześcy. Jak to bywało gdzie indziej, tutaj też czekał na nas zwyczajny plac ćwiczeń, przecięty nawet wysypaną żwirem dróżką. Nie pomogły protesty. Pan Behn, arbiter z Altonaer FC 93, ogrodził już liną piaszczyste, ale poza tym nienagannie równe boisko i własnoręcznie wyznaczył trocinami pole karne i linię środkową.
To, że nasi przeciwnicy, chłopaki z Pragi, mogli w ogóle wystąpić, mieli do zawdzięczenia tylko niedbalstwu panów z zarządu Karlsruher FV, którzy dali się nabrać na szpetny figiel, uwierzyli oszukańczemu telegramowi i z tego powodu nie pojechali ze swoją drużyną na mecz eliminacyjny do Saksonii. Niemiecki Związek Piłki Nożnej nie namyślając się długo desygnował do gry w finale drużynę DFC Praga. Był to zresztą pierwszy finał, jaki rozegrano, a odbył się przy przepięknej pogodzie, tak że pan Behn mógł zebrać do blaszanej miski ładną sumkę za wstęp od blisko dwóch tysięcy widzów. Wszelako pięćset marek nie wystarczyło na pokrycie wszystkich kosztów.
Zaraz na początku wpadka: przed pierwszym gwizdkiem nie było piłki. Prażanie z miejsca zaprotestowali. Ale widzowie bardziej śmiali się niż urągali. Odpowiednio wielka była radosna wrzawa, gdy w końcu futbolówka znalazła się na linii środkowej i nasi przeciwnicy z wiatrem i słońcem w plecy rozpoczęli grę. Rychło też byli pod naszą bramką, zacentrowali z lewej flanki i Raydt, nasz długi jak tyka bramkarz, z najwyższym trudem zdołał uchronić Lipsk od wczesnej utraty gola. Teraz my przeszliśmy do kontrataku, ale podania z prawej flanki były za mocne. Aż prażanom w tłoku przed naszym polem karnym udało się zdobyć bramkę, a my dopiero po serii gwałtownych ataków na połowę rywali, którzy w osobie Picka mieli niezawodnego bramkarza, wyrównaliśmy jeszcze przed przerwą.
Tak to dotarliśmy do Altony czując drogę w kościach, ale mimo to rześcy. Jak to bywało gdzie indziej, tutaj też czekał na nas zwyczajny plac ćwiczeń, przecięty nawet wysypaną żwirem dróżką. Nie pomogły protesty. Pan Behn, arbiter z Altonaer FC 93, ogrodził już liną piaszczyste, ale poza tym nienagannie równe boisko i własnoręcznie wyznaczył trocinami pole karne i linię środkową.
To, że nasi przeciwnicy, chłopaki z Pragi, mogli w ogóle wystąpić, mieli do zawdzięczenia tylko niedbalstwu panów z zarządu Karlsruher FV, którzy dali się nabrać na szpetny figiel, uwierzyli oszukańczemu telegramowi i z tego powodu nie pojechali ze swoją drużyną na mecz eliminacyjny do Saksonii. Niemiecki Związek Piłki Nożnej nie namyślając się długo desygnował do gry w finale drużynę DFC Praga. Był to zresztą pierwszy finał, jaki rozegrano, a odbył się przy przepięknej pogodzie, tak że pan Behn mógł zebrać do blaszanej miski ładną sumkę za wstęp od blisko dwóch tysięcy widzów. Wszelako pięćset marek nie wystarczyło na pokrycie wszystkich kosztów.
Zaraz na początku wpadka: przed pierwszym gwizdkiem nie było piłki. Prażanie z miejsca zaprotestowali. Ale widzowie bardziej śmiali się niż urągali. Odpowiednio wielka była radosna wrzawa, gdy w końcu futbolówka znalazła się na linii środkowej i nasi przeciwnicy z wiatrem i słońcem w plecy rozpoczęli grę. Rychło też byli pod naszą bramką, zacentrowali z lewej flanki i Raydt, nasz długi jak tyka bramkarz, z najwyższym trudem zdołał uchronić Lipsk od wczesnej utraty gola. Teraz my przeszliśmy do kontrataku, ale podania z prawej flanki były za mocne. Aż prażanom w tłoku przed naszym polem karnym udało się zdobyć bramkę, a my dopiero po serii gwałtownych ataków na połowę rywali, którzy w osobie Picka mieli niezawodnego bramkarza, wyrównaliśmy jeszcze przed przerwą.
Powróciwszy do Hamburga byłem jednym z wielu mężczyzn w słomkowych kapeluszach, którzy tłoczyli się na uroczystym otwarciu tunelu pod Łabą. Z Kantoru Handlowego do Dzielnicy Spichrzów, z sądu do kancelarii adwokackiej podążaliśmy w naszych krajzegach i wymachiwaliśmy nimi, gdy największy statek świata, północnoatlantycki szybki parowiec „Imperator”, wypływał z portu w dziewiczy rejs.
Dosyć często nadarzała się okazja do wymachiwania kapeluszem. A potem, gdy pod rękę z pastorską córką, która wyszła później za weterynarza, przechadzałem się — już nie pamiętam, na wiosnę czy jesienią - brzegiem Łaby pod Blankenese, powiew wiatru porwał leciutką ozdobę mojej głowy. Kapelusz toczył się, szybował. Na próżno biegłem za nim. Widziałem, jak dryfuje w dół rzeki, byłem niepocieszony, mimo że Elisabeth, którą przez krótki czas kochałem, bardzo się mną zajmowała.
Dopiero po awansie na referendarza, a potem na asesora mogłem sobie pozwolić na słomkowe kapelusze lepszej jakości, takie z nazwą firmy kapeluszniczej wytłoczoną na taśmie chroniącej od potu. Utrzymywały się w modzie, aż wiele tysięcy mężczyzn w słomkowych kapeluszach w małych i dużych miastach - ja w Schwerinie pracując w sądzie okręgowym - gromadziło się wokół żandarma, który na ulicy, czytając z kartki, w imieniu Jego Cesarskiej Mości ogłaszał nam w dzień późnego lata wybuch wojny. Na to wielu rzucało swoje krajzegi w powietrze, czuło się wyzwolonymi od nudnego cywilnego życia i dobrowolnie - niejeden ostatecznie — zamieniło błyszczące żółtością kaczeńców słomkowe kapelusze na szarozielone hełmy zwane pikielhaubami.
Dosyć często nadarzała się okazja do wymachiwania kapeluszem. A potem, gdy pod rękę z pastorską córką, która wyszła później za weterynarza, przechadzałem się — już nie pamiętam, na wiosnę czy jesienią - brzegiem Łaby pod Blankenese, powiew wiatru porwał leciutką ozdobę mojej głowy. Kapelusz toczył się, szybował. Na próżno biegłem za nim. Widziałem, jak dryfuje w dół rzeki, byłem niepocieszony, mimo że Elisabeth, którą przez krótki czas kochałem, bardzo się mną zajmowała.
Dopiero po awansie na referendarza, a potem na asesora mogłem sobie pozwolić na słomkowe kapelusze lepszej jakości, takie z nazwą firmy kapeluszniczej wytłoczoną na taśmie chroniącej od potu. Utrzymywały się w modzie, aż wiele tysięcy mężczyzn w słomkowych kapeluszach w małych i dużych miastach - ja w Schwerinie pracując w sądzie okręgowym - gromadziło się wokół żandarma, który na ulicy, czytając z kartki, w imieniu Jego Cesarskiej Mości ogłaszał nam w dzień późnego lata wybuch wojny. Na to wielu rzucało swoje krajzegi w powietrze, czuło się wyzwolonymi od nudnego cywilnego życia i dobrowolnie - niejeden ostatecznie — zamieniło błyszczące żółtością kaczeńców słomkowe kapelusze na szarozielone hełmy zwane pikielhaubami.
To było w Lubece małe wydarzenie, kiedy gimnazjalista we mnie specjalnie po to, żeby promenować do Bramy Młyńskiej albo wzdłuż brzegów Trave, kupił sobie pierwszy słomkowy kapelusz. Nie miękki filc, nie melonik, tylko płaski, chełpiący się żółtością kaczeńców słomkowy kapelusz, od niedawna w modzie, zwany albo wytwornie „kanotierem”, albo potocznie „krajzegą”. Również panie nosiły przystrojone wstążkami słomkowe kapelusze, wszelako długo jeszcze ściskały się usztywnionym fiszbinami gorsetem; tylko nieliczne, pobudzając nas, uczniów najstarszych klas, do kpin, miały odwagę pokazywać się choćby przed Katharineum w przepuszczających powietrze zdrowotnych sukniach.
Wówczas dużo było nowości. Na przykład poczta wprowadziła do obiegu jednolite dla całej Rzeszy znaczki pocztowe przedstawiające z profilu Germanię z metalowym biustem. A ponieważ wszędzie zapowiadano postęp, wielu z tych, co nosili słomkowe kapelusze, okazywało zainteresowanie nadchodzącymi czasami. Mój przeżył niejedno. Zsunąłem go na kark podziwiając pierwszego zeppelina. W Cafe Niederegger położyłem go przy świeżo wydrukowanych i gwałtownie drażniących mieszczański zmysł „Buddenbrookach”. Potem jako student paradowałem w nim po Zwierzyńcu Hagenbecka, niedawno otwartym, i z tak jednostajnie nakrytą głową oglądałem małpy i wielbłądy na wybiegu, jak wielbłądy i małpy wyniośle i pożądliwie oglądały mnie w słomkowym kapeluszu.
Zamieniony na sali szermierczej, zapomniany w Pawilonie nad Alster. Kilka kapeluszy niejednokrotnie cierpiało od egzaminacyjnego potu. Raz po raz przychodziła kolej na nowy słomkowy kapelusz, którym z werwą albo jakby od niechcenia kłaniałem się paniom. Wkrótce przekrzywiałem go na bok, jak to robił Buster
Keaton w niemym filmie, tylko że nic nie napawało mnie śmiertelnym smutkiem, przeciwnie, lada okazja skłaniała do śmiechu, toteż w Getyndze, gdzie po egzaminie dyplomowym opuściłem uniwersytet jako okularnik, byłem raczej podobny do Harolda Lloyda, który w latach późniejszych u szczytu wieży miotając się w słomkowym kapeluszu wisiał filmowo śmieszny na wskazówce zegara.
Wówczas dużo było nowości. Na przykład poczta wprowadziła do obiegu jednolite dla całej Rzeszy znaczki pocztowe przedstawiające z profilu Germanię z metalowym biustem. A ponieważ wszędzie zapowiadano postęp, wielu z tych, co nosili słomkowe kapelusze, okazywało zainteresowanie nadchodzącymi czasami. Mój przeżył niejedno. Zsunąłem go na kark podziwiając pierwszego zeppelina. W Cafe Niederegger położyłem go przy świeżo wydrukowanych i gwałtownie drażniących mieszczański zmysł „Buddenbrookach”. Potem jako student paradowałem w nim po Zwierzyńcu Hagenbecka, niedawno otwartym, i z tak jednostajnie nakrytą głową oglądałem małpy i wielbłądy na wybiegu, jak wielbłądy i małpy wyniośle i pożądliwie oglądały mnie w słomkowym kapeluszu.
Zamieniony na sali szermierczej, zapomniany w Pawilonie nad Alster. Kilka kapeluszy niejednokrotnie cierpiało od egzaminacyjnego potu. Raz po raz przychodziła kolej na nowy słomkowy kapelusz, którym z werwą albo jakby od niechcenia kłaniałem się paniom. Wkrótce przekrzywiałem go na bok, jak to robił Buster
Keaton w niemym filmie, tylko że nic nie napawało mnie śmiertelnym smutkiem, przeciwnie, lada okazja skłaniała do śmiechu, toteż w Getyndze, gdzie po egzaminie dyplomowym opuściłem uniwersytet jako okularnik, byłem raczej podobny do Harolda Lloyda, który w latach późniejszych u szczytu wieży miotając się w słomkowym kapeluszu wisiał filmowo śmieszny na wskazówce zegara.
Dla porządku spędziło się bokserów na placu przed bramą Chienmen, tuż przy murze, który oddziela Miasto Wewnętrzne od zwykłej części Pekinu. Byli związani warkoczami, co wyglądało śmiesznie. Potem rozstrzeliwało się ich grupami albo ścinało pojedynczo. Ale o okropnościach nie pisałem narzeczonej ani słówka, tylko o stuletnich jajkach i knedlach na parze po chińsku. Brytyjczycy i my, Niemcy, najchętniej załatwialiśmy sprawę ogniem karabinów, podczas gdy Japończycy ścinając głowy trzymali się swojej starodawnej tradycji. Ale bokserzy woleli być rozstrzeliwani, bo się bali, że zaraz będą musieli tłuc się po piekle z głową pod pachą. Poza tym nie bali się niczego. Widziałem takiego, co nim został rozstrzelany, zajadał łapczywie ciasto ryżowe maczane w syropie.
Na placu Chienmen wiał wiatr nadciągający znad pustyni i stale wzbijał żółte kłęby pyłu. Wszystko było żółte, my też. Napisałem o tym narzeczonej i wsypałem do koperty troszkę pustynnego piasku. Ponieważ jednak japońscy kaci obcinali bokserom, bardzo młodym chłopakom jak my, warkocze, żeby zadać czysty cios, na placu często leżały w pyle kupki poobcinanych chińskich warkoczy. Wziąłem sobie jeden taki i na pamiątkę wysłałem do domu. Po powrocie do kraju nosiłem go w karnawale ku powszechnej uciesze, póki moja narzeczona nie spaliła gościńca z Chin. - Takie coś duchy do domu sprowadza —powiedziała Resi na dwa dni przed naszym ślubem.
Ale to już inna historia.
1901
Kto szuka, ten znajdzie. Ja tam zawsze grzebałem w rupieciach. Przy Chamissoplatz, i to u handlarza, który czarno-białym szyldem sklepowym obiecywał starocie - pośród jego tandety cenne okazy były ukryte bardzo głęboko, moje zaciekawienie jednak budziły też różne osobliwości - pod koniec lat pięćdziesiątych odkryłem trzy związane sznurkiem widokówki, z lśniącymi matowo motywami meczetu, kościoła Świętego Grobu i Ściany Płaczu. Ostemplowane w styczniu czterdziestego piątego w Jerozolimie były wysłane do niejakiego doktora Benna z adresem w Berlinie, ale poczcie w ostatnich miesiącach wojny nie udało się - co poświadcza pieczątka - odnaleźć adresata w ruinach miasta. Szczęście, że skarbnica Kurcika Mühlenhaupta w dzielnicy Kreuzberg udzieliła im schronienia.
Tekst przetykany postaciami ludzików i ogonami komety, a ciągnący się przez wszystkie trzy pocztówki, dawał się odszyfrować jedynie z wielkim trudem i brzmiał tak: Jakże to czas staje na głowie! Dzisiaj, pierwszego z marcowych dni, kiedy to rozkwitłe dopiero co stulecie na sztywnych nogach paraduje z jedynką, a Ty, mój barbarzyńca i tygrys, łakniesz mięsa w dalekich dżunglach, mój ojciec Schüler wziął mnie swą sowizdrzalską ręką, aby ze mną i moim szklanym sercem udać się na dziewiczą przejażdżkę koleją wiszącą z Barmen do Elberfeld. Ponad czarną Wupper! Stalowy tysiąconogi smok wije się i wygina mając pod sobą rzekę, którą wierni Biblii farbiarze za niewielką opłatą zaczerniają popłuczynami po swoich atramentach. I wciąż statek-pociąg z potężnym łoskotem mknie w przestworzach, a tymczasem smok kroczy na ciężkich pierścieniowatych nogach. Ach, gdybyś Ty, mój Giselherze, z którego słodkich ust tyle błogości przejmowało mnie dreszczem, mógł ze mną, Twoją Sulamitką - a może powinnam być księciem Jussufem?
- tak się unosić nad rzeką zmarłych Styksem, który jest inną Wupper - aż byśmy spadając zgaśli odmłodzeni zespoleni. Ale nie, ja przecież jestem ocalona na świętej ziemi i żyję cała przyrzeczona Mesjaszowi, podczas gdy Ty pozostajesz stracony, sprzeniewierzony mi, zdrajca o nieczułej twarzy, barbarzyńca, którym jesteś. Jakiż ból! Widzisz czarnego łabędzia na czarnej Wupper? Słyszysz moją pieśń, żałośnie nastrojoną na błękitnym fortepianie? - Ale musimy już wysiąść, mówi Schüler do swojej Elzy. Ja na ziemi byłam przeważnie posłusznym dzieckiem...”
Wiadomo wprawdzie, że w dniu uroczystego oddania do użytku pierwszego, czteroipółkilometrowego odcinka wuppertalskiej kolei wiszącej Elsa Schüler nie była dzieckiem, miała natomiast dobrą trzydziestkę, była zamężna za Bertholdem Laskerem i od dwóch lat matką syna, ale wiek zawsze poddawał się jej pragnieniom, wobec czego trzy znaki życia z Jerozolimy, adresowane do doktora Benna, ofrankowane i wysłane na krótko przed jej śmiercią, i tak wiedziały wszystko lepiej.
Nie targowałem się długo, zapłaciłem za ponownie związane sznurkiem widokówki amatorską cenę, a Kurcik Mühlenhaupt, którego rupiecie zawsze były czymś szczególnym, mrugnął do mnie porozumiewawczo.
Ona - Else Lasker-Schüler (1869—1945), poetka, nowelistka i powieściopisarka, barwna postać berlińskiego świata literackiego. Urodzona w zamożnej rodzinie żydowskiej w Elberfeld, zmarła na emigracji w Jerozolimie. W Polsce jej wiersze ukazały się w zbiorach: „Gwiazdy Tartaru”, „Ballady hebrajskie i inne wiersze” oraz „Poezje”.
On — Gottfried Benn (1886-1956), poeta, eseista i lekarz. Przez krótki czas zafascynowany ideami narodowego socjalizmu, później dystansował się od polityki reżimu hitlerowskiego, po wojnie obłożony zakazem druku. Uważany za jedną z najważniejszych postaci dwudziestowiecznej poezji. Utwory Benna ukazały się w polskim przekładzie w tomie „Poezje wybrane”.
Kolej wisząca między Elberleld a Barmen (z połączenia tych dwóch miast powstał dzisiejszy Wuppertal) uchodziła w roku 1901 za jeden z cudów techniki. (Przyp. tłum.)
Na placu Chienmen wiał wiatr nadciągający znad pustyni i stale wzbijał żółte kłęby pyłu. Wszystko było żółte, my też. Napisałem o tym narzeczonej i wsypałem do koperty troszkę pustynnego piasku. Ponieważ jednak japońscy kaci obcinali bokserom, bardzo młodym chłopakom jak my, warkocze, żeby zadać czysty cios, na placu często leżały w pyle kupki poobcinanych chińskich warkoczy. Wziąłem sobie jeden taki i na pamiątkę wysłałem do domu. Po powrocie do kraju nosiłem go w karnawale ku powszechnej uciesze, póki moja narzeczona nie spaliła gościńca z Chin. - Takie coś duchy do domu sprowadza —powiedziała Resi na dwa dni przed naszym ślubem.
Ale to już inna historia.
1901
Kto szuka, ten znajdzie. Ja tam zawsze grzebałem w rupieciach. Przy Chamissoplatz, i to u handlarza, który czarno-białym szyldem sklepowym obiecywał starocie - pośród jego tandety cenne okazy były ukryte bardzo głęboko, moje zaciekawienie jednak budziły też różne osobliwości - pod koniec lat pięćdziesiątych odkryłem trzy związane sznurkiem widokówki, z lśniącymi matowo motywami meczetu, kościoła Świętego Grobu i Ściany Płaczu. Ostemplowane w styczniu czterdziestego piątego w Jerozolimie były wysłane do niejakiego doktora Benna z adresem w Berlinie, ale poczcie w ostatnich miesiącach wojny nie udało się - co poświadcza pieczątka - odnaleźć adresata w ruinach miasta. Szczęście, że skarbnica Kurcika Mühlenhaupta w dzielnicy Kreuzberg udzieliła im schronienia.
Tekst przetykany postaciami ludzików i ogonami komety, a ciągnący się przez wszystkie trzy pocztówki, dawał się odszyfrować jedynie z wielkim trudem i brzmiał tak: Jakże to czas staje na głowie! Dzisiaj, pierwszego z marcowych dni, kiedy to rozkwitłe dopiero co stulecie na sztywnych nogach paraduje z jedynką, a Ty, mój barbarzyńca i tygrys, łakniesz mięsa w dalekich dżunglach, mój ojciec Schüler wziął mnie swą sowizdrzalską ręką, aby ze mną i moim szklanym sercem udać się na dziewiczą przejażdżkę koleją wiszącą z Barmen do Elberfeld. Ponad czarną Wupper! Stalowy tysiąconogi smok wije się i wygina mając pod sobą rzekę, którą wierni Biblii farbiarze za niewielką opłatą zaczerniają popłuczynami po swoich atramentach. I wciąż statek-pociąg z potężnym łoskotem mknie w przestworzach, a tymczasem smok kroczy na ciężkich pierścieniowatych nogach. Ach, gdybyś Ty, mój Giselherze, z którego słodkich ust tyle błogości przejmowało mnie dreszczem, mógł ze mną, Twoją Sulamitką - a może powinnam być księciem Jussufem?
- tak się unosić nad rzeką zmarłych Styksem, który jest inną Wupper - aż byśmy spadając zgaśli odmłodzeni zespoleni. Ale nie, ja przecież jestem ocalona na świętej ziemi i żyję cała przyrzeczona Mesjaszowi, podczas gdy Ty pozostajesz stracony, sprzeniewierzony mi, zdrajca o nieczułej twarzy, barbarzyńca, którym jesteś. Jakiż ból! Widzisz czarnego łabędzia na czarnej Wupper? Słyszysz moją pieśń, żałośnie nastrojoną na błękitnym fortepianie? - Ale musimy już wysiąść, mówi Schüler do swojej Elzy. Ja na ziemi byłam przeważnie posłusznym dzieckiem...”
Wiadomo wprawdzie, że w dniu uroczystego oddania do użytku pierwszego, czteroipółkilometrowego odcinka wuppertalskiej kolei wiszącej Elsa Schüler nie była dzieckiem, miała natomiast dobrą trzydziestkę, była zamężna za Bertholdem Laskerem i od dwóch lat matką syna, ale wiek zawsze poddawał się jej pragnieniom, wobec czego trzy znaki życia z Jerozolimy, adresowane do doktora Benna, ofrankowane i wysłane na krótko przed jej śmiercią, i tak wiedziały wszystko lepiej.
Nie targowałem się długo, zapłaciłem za ponownie związane sznurkiem widokówki amatorską cenę, a Kurcik Mühlenhaupt, którego rupiecie zawsze były czymś szczególnym, mrugnął do mnie porozumiewawczo.
Ona - Else Lasker-Schüler (1869—1945), poetka, nowelistka i powieściopisarka, barwna postać berlińskiego świata literackiego. Urodzona w zamożnej rodzinie żydowskiej w Elberfeld, zmarła na emigracji w Jerozolimie. W Polsce jej wiersze ukazały się w zbiorach: „Gwiazdy Tartaru”, „Ballady hebrajskie i inne wiersze” oraz „Poezje”.
On — Gottfried Benn (1886-1956), poeta, eseista i lekarz. Przez krótki czas zafascynowany ideami narodowego socjalizmu, później dystansował się od polityki reżimu hitlerowskiego, po wojnie obłożony zakazem druku. Uważany za jedną z najważniejszych postaci dwudziestowiecznej poezji. Utwory Benna ukazały się w polskim przekładzie w tomie „Poezje wybrane”.
Kolej wisząca między Elberleld a Barmen (z połączenia tych dwóch miast powstał dzisiejszy Wuppertal) uchodziła w roku 1901 za jeden z cudów techniki. (Przyp. tłum.)
Ja, wymieniany na mnie, byłem obecny rok w rok. Nie zawsze w pierwszej linii, bo jako że ciągle była jakaś wojna, tacy jak my chętnie wycofywali się na tyły. Z początku jednak, kiedy trzeba było uderzyć na Chińczyków i nasz batalion zebrał się w Bremerhaven, stałem w pierwszym szeregu środkowej kompanii. Prawie wszyscy zgłosili się na ochotnika, ale ze Straubingu tylko ja jeden, chociaż od niedawna byłem zaręczony z Resi, moją Teresą.
Czekając na zaokrętowanie mieliśmy transatlantycki budynek Północnoniemieckiego Lloyda za plecami i słońce w twarz. Przed nami stał cesarz na wysokim podium i mówił bardzo dziarsko ponad naszymi głowami. Od słońca chroniły nas kapelusze z szerokim rondem zwane zydwestkami. Wyglądało się szykownie. Cesarz natomiast miał na głowie specjalny hełm: orzeł błyszczący na niebieskim tle. Mówił o wielkich zadaniach, o okrutnym wrogu. Jego słowa porywały. Powiedział: - Jak już będziecie na miejscu, to wiedzcie: nie ma pardonu, nie bierze się jeńców... - Potem opowiadał o królu Attyli i jego hordach Hunów. Wychwalał ich, chociaż grasując poczynali sobie bardzo okrutnie. W związku z tym socjałowie drukowali później zuchwałe Hunowe listy i okropnie bluźnili przeciwko mowie cesarza o Hunach. Na koniec dał nam rozkaz na Chiny: - Raz na zawsze otwórzcie drogę kulturze! - My trzykrotnie krzyknęliśmy hurra.
Dla mnie, człowieka pochodzącego z Dolnej Bawarii, długa podróż morska miała opłakany przebieg. Kiedy w końcu dotarliśmy do Tiencinu, wszyscy już tam byli: Brytyjczycy, Amerykanie, Ruscy, nawet prawdziwi Japończycy i oddziałki z małych krajów. Brytyjczycy to właściwie byli Hindusi. My początkowo stanowiliśmy liczebnie niewielką siłę, na szczęście jednak rozporządzaliśmy nowymi szybkostrzelnymi działami Kruppa kalibru 5 cm. Amerykanie zaś wypróbowywali swoje karabiny maszynowe Maxima, prawdziwe diabelstwo. Toteż Pekin szybko został wzięty szturmem. Bo gdy wkroczyła nasza kompania, wszystko zdawało się skończone, co było godne pożałowania. Jednakże garstka bokserów nie dawała spokoju. Tak ich nazywano, bo tworzyli tajne stowarzyszenie o nazwie „Tatauhuei”, czyli po naszemu „Walczący na pięści”. Tedy najpierw gadał Anglik, a potem każdy jeden z bokserskiego powstania. Bokserzy nienawidzili cudzoziemców, bo ci sprzedawali Chińczykom rozmaite rzeczy, Brytyjczycy szczególnie chętnie opium. No i było tak, jak rozkazał cesarz: nie brało się jeńców.
Czekając na zaokrętowanie mieliśmy transatlantycki budynek Północnoniemieckiego Lloyda za plecami i słońce w twarz. Przed nami stał cesarz na wysokim podium i mówił bardzo dziarsko ponad naszymi głowami. Od słońca chroniły nas kapelusze z szerokim rondem zwane zydwestkami. Wyglądało się szykownie. Cesarz natomiast miał na głowie specjalny hełm: orzeł błyszczący na niebieskim tle. Mówił o wielkich zadaniach, o okrutnym wrogu. Jego słowa porywały. Powiedział: - Jak już będziecie na miejscu, to wiedzcie: nie ma pardonu, nie bierze się jeńców... - Potem opowiadał o królu Attyli i jego hordach Hunów. Wychwalał ich, chociaż grasując poczynali sobie bardzo okrutnie. W związku z tym socjałowie drukowali później zuchwałe Hunowe listy i okropnie bluźnili przeciwko mowie cesarza o Hunach. Na koniec dał nam rozkaz na Chiny: - Raz na zawsze otwórzcie drogę kulturze! - My trzykrotnie krzyknęliśmy hurra.
Dla mnie, człowieka pochodzącego z Dolnej Bawarii, długa podróż morska miała opłakany przebieg. Kiedy w końcu dotarliśmy do Tiencinu, wszyscy już tam byli: Brytyjczycy, Amerykanie, Ruscy, nawet prawdziwi Japończycy i oddziałki z małych krajów. Brytyjczycy to właściwie byli Hindusi. My początkowo stanowiliśmy liczebnie niewielką siłę, na szczęście jednak rozporządzaliśmy nowymi szybkostrzelnymi działami Kruppa kalibru 5 cm. Amerykanie zaś wypróbowywali swoje karabiny maszynowe Maxima, prawdziwe diabelstwo. Toteż Pekin szybko został wzięty szturmem. Bo gdy wkroczyła nasza kompania, wszystko zdawało się skończone, co było godne pożałowania. Jednakże garstka bokserów nie dawała spokoju. Tak ich nazywano, bo tworzyli tajne stowarzyszenie o nazwie „Tatauhuei”, czyli po naszemu „Walczący na pięści”. Tedy najpierw gadał Anglik, a potem każdy jeden z bokserskiego powstania. Bokserzy nienawidzili cudzoziemców, bo ci sprzedawali Chińczykom rozmaite rzeczy, Brytyjczycy szczególnie chętnie opium. No i było tak, jak rozkazał cesarz: nie brało się jeńców.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)