Ale bez względu na to, czy chodziło o szańcowanie, fasowanie jedzenia czy nocne przeciąganie przewodów, można było wyciągnąć od nich każdy szczegół. Wspominali precyzyjnie i bardzo rzadko gubili się obaj w anegdotach, na przykład w rozmówkach, jakie Jünger z wysuniętego naprzód podkopu ucinał sobie z oddalonym ledwie o trzydzieści metrów „Tommym” albo „Francem”, polegając na wyniesionej ze szkoły znajomości obcych języków. W trakcie dwóch opisywanych ataków i kontrataków ogarnęło mnie uczucie, że byłam ich naocznym świadkiem. Następnie mówiło się o angielskich minach kulistych i ich działaniu, o tak zwanych „grzechotkach”, minach butelkowych, szrapnelach, o niewypałach i ciężkich granatach z zapalnikami uderzeniowymi, natychmiastowymi i opóźnionymi, oraz o dźwiękach zbliżających się pocisków różnego kalibru.
Obaj panowie umieli naśladować poszczególne głosy tego rodzaju zatrważających koncertów zwanych „zaporą ogniową”. Musiało to być piekło. - A przecież - stwierdził pan Jünger - w nas wszystkich było coś, co podkreślało i uduchawiało brutalność wojny, była rzeczowa radość z niebezpieczeństwa, rycerski pęd do zwycięstwa w walce. Ba, mogę powiedzieć, że z biegiem lat ogień tej permanentnej bitwy wytapiał coraz czystsze, coraz odważniejsze żołnierstwo...
Pan Remarque zaśmiał się swemu vis-á-vis prosto w oczy: - E tam, Jünger! Co to za podniosłe gadanie. Ci frontowcy w za dużych buciorach i ze zmartwiałym sercem byli do szpiku kości zezwierzęceni. Być może już nie bardzo wiedzieli, co to jest lęk. Ale śmiertelny strach był wciąż obecny. Co oni umieli? Rżnąć w karty, przeklinać, wyobrażać sobie rozkraczone kobiety i prowadzić wojnę, a więc mordować na rozkaz. Mieli też specjalistyczną wiedzę: potrafili rozmawiać o wyższości saperki nad bagnetem, bo saperką można było nie tylko pchnąć pod brodę, ale i uderzyć z całej siły, choćby skosem między szyję a bark. Takie uderzenie łatwo dochodzi do klatki piersiowej, podczas gdy bagnet często grzązł między żebrami i trzeba było kopnąć w brzuch, żeby go wyciągnąć...
sobota, 23 sierpnia 2008
Po dłuższym spacerze bulwarem wzdłuż Limmatu, koło domu Pod Kopułą i potem promenadą nad brzegiem Jeziora Zuryskiego - i po zarządzonej przeze mnie przerwie na odpoczynek, wykorzystanej przez obu panów, jak się zdaje, zgodnie z przeznaczeniem - na zaproszenie pana Remarque’a, który dzięki temu, że jego powieści zostały sfilmowane, zaliczał się widać do autorów zamożnych, poszliśmy na kolację do Kronenhalle, solidnej restauracji z artystyczną atmosferą: na ścianach wiszą tam, będący własnością lokalu, prawdziwi impresjoniści, ale też Matisse, Braque, nawet Picasso. Zjedliśmy filet z siei, po nim rösti z cielęcym ragout, a na zakończenie panowie wzięli espresso i armagnac, ja zaś porwałam się na o wiele za potężną porcję mousse au chocolat, z którą długo się jeszcze biedziłam...
Skoro stolik został prawie ze wszystkiego uprzątnięty, moje pytania koncentrowały się na wojnie pozycyjnej na froncie zachodnim. Obaj panowie nie musieli odwoływać się do swoich książek, by opowiadać o wielodniowym obustronnym huraganowym ogniu, który czasem dawał się we znaki również własnym pozycjom. Udzielali informacji o rozgałęzionych systemach okopów z szańcami bocznymi, przedpiersiem i zapleczem, o podkopach, krytych ziemią schronach, wystopniowanych głęboko w ziemi sztolniach, podziemnych chodnikach, doprowadzonych tuż do nieprzyjacielskich linii stanowiskach podsłuchowych i minerskich, plątaninie zasieków z drutu kolczastego, ale także o zasypanych, zatopionych transzejach i schronach. Ich doświadczenia tchnęły autentyzmem, aczkolwiek Remarque zastrzegał się, że brał udział tylko w kopaniu szańców: - Nie walczyłem w okopach, ale widziałem, co po tych halkach zostało.
Skoro stolik został prawie ze wszystkiego uprzątnięty, moje pytania koncentrowały się na wojnie pozycyjnej na froncie zachodnim. Obaj panowie nie musieli odwoływać się do swoich książek, by opowiadać o wielodniowym obustronnym huraganowym ogniu, który czasem dawał się we znaki również własnym pozycjom. Udzielali informacji o rozgałęzionych systemach okopów z szańcami bocznymi, przedpiersiem i zapleczem, o podkopach, krytych ziemią schronach, wystopniowanych głęboko w ziemi sztolniach, podziemnych chodnikach, doprowadzonych tuż do nieprzyjacielskich linii stanowiskach podsłuchowych i minerskich, plątaninie zasieków z drutu kolczastego, ale także o zasypanych, zatopionych transzejach i schronach. Ich doświadczenia tchnęły autentyzmem, aczkolwiek Remarque zastrzegał się, że brał udział tylko w kopaniu szańców: - Nie walczyłem w okopach, ale widziałem, co po tych halkach zostało.
Potem zwrócił się wprost do mnie: - Również hełm szwajcarski używany po dziś dzień przez wasze wojsko jest, mimo zmienionego kształtu, wzorowany na naszym stalowym hełmie łącznie z umieszczonymi dla celów wentylacyjnych nitami rozpierającymi.
Nie zareagował na moją ripostę: - Na szczęście naszego hełmu nie trzeba było wypróbowywać w tak elokwentnie wysławianych przez pana bitwach wyniszczających — i zasypał milczącego ostentacyjnie Remarque’a dalszymi szczegółami: od zabezpieczenia przeciwko korozji metodą szarozielonego matowienia po wystający ochraniacz karku i wyściółkę z końskiego włosia lub pikowanego filcu. Potem narzekał na dające się we znaki żołnierzom w okopach ograniczenie widoczności, ponieważ wysunięty przód miał osłaniać twarz aż po czubek nosa. — No, sam pan rozumie, że w akcjach szturmowych to ciężkie nakrycie głowy niezwykle mi zawadzało. Wolałem, prawda, że lekkomyślnie, swoją wysłużoną czapkę podporucznika, miała zresztą jedwabną podszewkę. — Następnie przypomniało mu się jeszcze coś, jak powiedział, zabawnego: - Nawiasem mówiąc na moim biurku w charakterze pamiątki leży zupełnie inny w kształcie, całkiem płaski hełm angielski, naturalnie przestrzelony.
Po dłuższej pauzie - panowie pili teraz do czarnej kawy po kieliszku pflümli - odezwał się Remarque: - Stalowe hełmy M 16, później M 17 były o wiele za duże dla odwodów, które składały się ze słabo wyszkolonych rekrutów. Ciągle się zsuwały. Z twarzy tych dzieciaków było widać tylko lękliwe usta, drżący podbródek. Było to śmieszne i zarazem żałosne. A o tym, że zwykłe pociski strzeleckie i nawet mniejsze szrapnele mimo wszystko przebijały stal, nie muszę chyba panu mówić...
Zażądał kolejnego pflümli. Jünger dotrzymywał mu kroku. Dla mnie, „dziewczęcia”, zamówili drugą szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego.
Nie zareagował na moją ripostę: - Na szczęście naszego hełmu nie trzeba było wypróbowywać w tak elokwentnie wysławianych przez pana bitwach wyniszczających — i zasypał milczącego ostentacyjnie Remarque’a dalszymi szczegółami: od zabezpieczenia przeciwko korozji metodą szarozielonego matowienia po wystający ochraniacz karku i wyściółkę z końskiego włosia lub pikowanego filcu. Potem narzekał na dające się we znaki żołnierzom w okopach ograniczenie widoczności, ponieważ wysunięty przód miał osłaniać twarz aż po czubek nosa. — No, sam pan rozumie, że w akcjach szturmowych to ciężkie nakrycie głowy niezwykle mi zawadzało. Wolałem, prawda, że lekkomyślnie, swoją wysłużoną czapkę podporucznika, miała zresztą jedwabną podszewkę. — Następnie przypomniało mu się jeszcze coś, jak powiedział, zabawnego: - Nawiasem mówiąc na moim biurku w charakterze pamiątki leży zupełnie inny w kształcie, całkiem płaski hełm angielski, naturalnie przestrzelony.
Po dłuższej pauzie - panowie pili teraz do czarnej kawy po kieliszku pflümli - odezwał się Remarque: - Stalowe hełmy M 16, później M 17 były o wiele za duże dla odwodów, które składały się ze słabo wyszkolonych rekrutów. Ciągle się zsuwały. Z twarzy tych dzieciaków było widać tylko lękliwe usta, drżący podbródek. Było to śmieszne i zarazem żałosne. A o tym, że zwykłe pociski strzeleckie i nawet mniejsze szrapnele mimo wszystko przebijały stal, nie muszę chyba panu mówić...
Zażądał kolejnego pflümli. Jünger dotrzymywał mu kroku. Dla mnie, „dziewczęcia”, zamówili drugą szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego.
Nasze następne spotkanie odbyło się w „Odeonie”, owej szacownej kawiarni, w której już Lenin, przed wyruszeniem w podróż do Rosji pod zapewnioną mu przez Rzeszę Niemiecką eskortą, czytywał „Neue Zürcher Zeitung” i inne dzienniki, po kryjomu planując rewolucję. My natomiast nie wybiegaliśmy w przyszłość, lecz byliśmy nastawieni na czas miniony. Najpierw jednak moi panowie nalegali, żeby posiedzenie rozpocząć od śniadania z szampanem. Mnie pozwolili na sok pomarańczowy.
Między rogalikami a półmiskiem serów niczym dowody rzeczowe leżały na marmurowym stoliku obie gorąco niegdyś dyskutowane książki: wszelako „Na zachodzie bez zmian” rozeszło się w dużo większym nakładzie niż „W stalowych burzach”. - To prawda - powiedział Remarque - moja książka rzeczywiście chwyciła. Ale po trzydziestym trzecim, kiedy została publicznie spalona, na dobre dwanaście lat zniknęła z niemieckich księgarń, urwało mi się też z przekładami, podczas gdy pański hymn na cześć wojny oczywiście przez cały czas bez trudu docierał do czytelników.
Jünger nie na to nie odrzekł. Dopiero gdy spróbowałam naprowadzić rozmowę na walkę w okopach we Flandrii i na kredowych terenach Szampanii, położyłam także na uprzątniętym już śniadaniowym stoliku wycinki map objętych walkami rejonów, to on, nim przeszedł do ofensywy i kontrofensywy nad Sommą, podsunął temat do dyskusji, od której nie dało się już odejść: - Tę nędzną pikielhaubę, której pan, mój szanowny Remarque, nie musiał już nosić, na naszym odcinku frontu od czerwca piętnastego zastępowano stalowym hełmem. Były to hełmy próbne, skonstruowane - po kilku chybionych projektach - przez kapitana artylerii nazwiskiem Schwerd we współzawodnictwie z Francuzami, którzy również zaczęli wprowadzać hełmy ze stali. Jako że Krupp nie mógł wyprodukować odpowiedniego stopu stali chromowej, zamówienie przypadło innym firmom, wśród nich hucie w Thale. Od lutego szesnastego stalowy hełm był w użyciu na wszystkich odcinkach frontu. Wojska pod Verdun i nad Sommą zostały zaopatrzone w pierwszej kolejności, najdłużej musiał czekać front wschodni. Nie ma pan pojęcia, zacny Remarque, jaką daninę krwi, szczególnie w wojnie pozycyjnej, musieliśmy złożyć przez tę nic nie wartą skórzaną czapę, którą zastępczo, ponieważ brakowało skóry, wytłaczano z filcu. Każdy strzał z karabinu to o jednego żołnierza mniej, każdy odłameczek przebijał na wylot.
Między rogalikami a półmiskiem serów niczym dowody rzeczowe leżały na marmurowym stoliku obie gorąco niegdyś dyskutowane książki: wszelako „Na zachodzie bez zmian” rozeszło się w dużo większym nakładzie niż „W stalowych burzach”. - To prawda - powiedział Remarque - moja książka rzeczywiście chwyciła. Ale po trzydziestym trzecim, kiedy została publicznie spalona, na dobre dwanaście lat zniknęła z niemieckich księgarń, urwało mi się też z przekładami, podczas gdy pański hymn na cześć wojny oczywiście przez cały czas bez trudu docierał do czytelników.
Jünger nie na to nie odrzekł. Dopiero gdy spróbowałam naprowadzić rozmowę na walkę w okopach we Flandrii i na kredowych terenach Szampanii, położyłam także na uprzątniętym już śniadaniowym stoliku wycinki map objętych walkami rejonów, to on, nim przeszedł do ofensywy i kontrofensywy nad Sommą, podsunął temat do dyskusji, od której nie dało się już odejść: - Tę nędzną pikielhaubę, której pan, mój szanowny Remarque, nie musiał już nosić, na naszym odcinku frontu od czerwca piętnastego zastępowano stalowym hełmem. Były to hełmy próbne, skonstruowane - po kilku chybionych projektach - przez kapitana artylerii nazwiskiem Schwerd we współzawodnictwie z Francuzami, którzy również zaczęli wprowadzać hełmy ze stali. Jako że Krupp nie mógł wyprodukować odpowiedniego stopu stali chromowej, zamówienie przypadło innym firmom, wśród nich hucie w Thale. Od lutego szesnastego stalowy hełm był w użyciu na wszystkich odcinkach frontu. Wojska pod Verdun i nad Sommą zostały zaopatrzone w pierwszej kolejności, najdłużej musiał czekać front wschodni. Nie ma pan pojęcia, zacny Remarque, jaką daninę krwi, szczególnie w wojnie pozycyjnej, musieliśmy złożyć przez tę nic nie wartą skórzaną czapę, którą zastępczo, ponieważ brakowało skóry, wytłaczano z filcu. Każdy strzał z karabinu to o jednego żołnierza mniej, każdy odłameczek przebijał na wylot.
Starsi panowie co prawda nie zaczęli się teraz spierać, ale przywiązywali dużą wagę do tego, że w sprawach wojny mają różne zdania, reprezentują przeciwstawne style i w ogóle wywodzą się z odmiennych obozów. Jeśli jeden w dalszym ciągu uważał się za „niepoprawnego pacyfistę”, to drugi chciał, żeby mieć go za „anarcha”.
- Ach, co tam! - zawołał Remarque. - Przecież pan w swoich „Stalowych burzach” jak łobuziak aż po ostatnią ofensywę Ludendorffa szukał przygód. Lekkomyślnie potrafił pan skrzyknąć oddział szturmowy, żeby dla krwawej przyjemności naprędce wziąć jednego, dwóch jeńców, a przy okazji być może zdobyć buteleczkę koniaku... - Potem jednak przyznał, że kolega Jünger w swoim dzienniku po części trafnie opisywał trwanie w okopach, wojnę pozycyjną, w ogóle charakter bitwy wyniszczającej.
Pod koniec naszej pierwszej rozmowy — panowie opróżnili dwie butelki czerwonego wina - Jünger powrócił jeszcze do Flandrii: - Kiedy w dwa i pół roku później okopywaliśmy się na odcinku frontu pod Langemarck, natknęliśmy się na karabiny, pasy i łuski nabojów z roku czternastego. Trafiały się nawet pikielhauby, w których ochotnicy w sile pułku wyruszali wówczas na wojnę...
- Ach, co tam! - zawołał Remarque. - Przecież pan w swoich „Stalowych burzach” jak łobuziak aż po ostatnią ofensywę Ludendorffa szukał przygód. Lekkomyślnie potrafił pan skrzyknąć oddział szturmowy, żeby dla krwawej przyjemności naprędce wziąć jednego, dwóch jeńców, a przy okazji być może zdobyć buteleczkę koniaku... - Potem jednak przyznał, że kolega Jünger w swoim dzienniku po części trafnie opisywał trwanie w okopach, wojnę pozycyjną, w ogóle charakter bitwy wyniszczającej.
Pod koniec naszej pierwszej rozmowy — panowie opróżnili dwie butelki czerwonego wina - Jünger powrócił jeszcze do Flandrii: - Kiedy w dwa i pół roku później okopywaliśmy się na odcinku frontu pod Langemarck, natknęliśmy się na karabiny, pasy i łuski nabojów z roku czternastego. Trafiały się nawet pikielhauby, w których ochotnicy w sile pułku wyruszali wówczas na wojnę...
Po tym zamyśleniu przerywanym kilkoma chrząknięciami Remarque oznajmił, że jesienią czternastego — chodził jeszcze do szkoły w Osnabrück, gdy pułki ochotników wykrwawiały się pod Bixschoote i Ypres - również na nim wielkie wrażenie zrobiła legenda Langemarcku, według której na ogień angielskich karabinów maszynowych odpowiedziano pieśnią „Niemcy, Niemcy ponad wszystko...”. Chyba to pod jej wpływem - i za sprawą zachęt ze strony nauczycieli - niejedna klasa gimnazjalna ochotniczo zgłosiła się na front. Co drugi przypłacił to śmiercią. A ci, co przeżyli, jak on, któremu wszelako nie dane było chodzić do gimnazjum, są po dziś dzień okaleczeni. On w każdym razie nadal czuje się „żywym trupem”.
Pan Jünger, który szkolne przeżycia kolegi-pisarza — najwidoczniej tylko szkoła realna - skwitował lekkim uśmiechem, nazwał wprawdzie kult Langemarcku „patriotyczną bzdurą”, przyznał jednak, że już na długo przed wybuchem wojny owładnęła nim wielka tęsknota za niebezpieczeństwem, pragnienie niezwykłości - „choćby drogą do tego miała być służba we francuskiej Legii Cudzoziemskiej”: - Jak się potem zaczęło, czuliśmy się stopieni w jedno wielkie ciało. Ale nawet kiedy wojna pokazała nam swoje pazury, walka jako przeżycie wewnętrzne nie przestawała mnie fascynować do mych ostatnich dni w charakterze dowódcy oddziału szturmowego. Niech pan spokojnie przyzna, zacny Remarque, że nawet w „Na Zachodzie bez zmian”, swoim znakomitym debiucie, opowiadał pan, nie bez wewnętrznego poruszenia, o sile żołnierskiego koleżeństwa, które sięgnęło aż po śmierć. Ta książka, odparł Remarque, nie gromadzi przeżyć osobistych, lecz skupia w sobie doświadczenie frontowe wypalonego pokolenia. - Moja służba w lazarecie była dla mnie wystarczającym źródłem.
Pan Jünger, który szkolne przeżycia kolegi-pisarza — najwidoczniej tylko szkoła realna - skwitował lekkim uśmiechem, nazwał wprawdzie kult Langemarcku „patriotyczną bzdurą”, przyznał jednak, że już na długo przed wybuchem wojny owładnęła nim wielka tęsknota za niebezpieczeństwem, pragnienie niezwykłości - „choćby drogą do tego miała być służba we francuskiej Legii Cudzoziemskiej”: - Jak się potem zaczęło, czuliśmy się stopieni w jedno wielkie ciało. Ale nawet kiedy wojna pokazała nam swoje pazury, walka jako przeżycie wewnętrzne nie przestawała mnie fascynować do mych ostatnich dni w charakterze dowódcy oddziału szturmowego. Niech pan spokojnie przyzna, zacny Remarque, że nawet w „Na Zachodzie bez zmian”, swoim znakomitym debiucie, opowiadał pan, nie bez wewnętrznego poruszenia, o sile żołnierskiego koleżeństwa, które sięgnęło aż po śmierć. Ta książka, odparł Remarque, nie gromadzi przeżyć osobistych, lecz skupia w sobie doświadczenie frontowe wypalonego pokolenia. - Moja służba w lazarecie była dla mnie wystarczającym źródłem.
W połowie lat sześćdziesiątych, po kilkakrotnie podejmowanych a bezowocnych staraniach dwóch kolegów z instytutu, udało mi się wreszcie namówić obu starszych panów na spotkanie. Być może do mnie, młodej kobiety, uśmiechnęło się szczęście, a ponadto będąc Szwajcarką dysponowałam atutem neutralności. W moich listach, jakkolwiek rzeczowo naszkicowałam w nich nasze zadanie badawcze, dosłuchano się chyba delikatnego, jeśli nie nieśmiałego zapytania; w ciągu kilku dni niemal jednocześnie nadeszły pozytywne odpowiedzi.
Opowiadałam moim kolegom o tej pamiętnej, trochę jakby przedpotopowej parze. Zarezerwowałam spokojne pokoje w hotelu „Pod Bocianem”. Tam przesiadywaliśmy, najczęściej na pięterku rótisserii, z widokiem na Limmat, ratusz naprzeciwko i kamienicę „Pod Ogarem”. Pan Remarque - wówczas w sześćdziesiątym siódmym roku życia — przyjechał z Locarno. On, widać, że światowiec, wydał mi się wątlejszego zdrowia aniżeli czerstwy pan Jünger, który skończywszy niedawno siedemdziesiątkę miał uderzająco sportowe ruchy. Zamieszkały na ziemi wirtemberskiej, przybył przez Bazyleę, mając za sobą pieszą wędrówkę przez Wogezy do Hartmannsweilerkopf, o który kiedyś toczono krwawe walki.
Nasza pierwsza rozmowa zaczęła się dość opornie. Moi panowie „świadkowie epoki” z dużą znajomością rzeczy rozprawiali o szwajcarskich winach: Remarque chwalił gatunki tessińskie, Jünger na pierwszym miejscu stawiał dole z francuskojęzycznych regionów. Obaj wyraźnie starali się czarować swoim dobrze zakonserwowanym wdziękiem. Zabawnie, ale i drażniąco wypadały ich próby zagadywania mnie w szwajcarskim dialekcie. Ale potem gdy zacytowałam początek często w czasie pierwszej wojny światowej śpiewanej pieśni - „Flandryjski taniec śmierci” - której autor pozostał anonimowy: „Śmierć jedzie na karym rumaku, śmierć goni każdego wojaka”, najpierw Remarque, a niebawem także Jünger zanucili przejmująco smutną melodię; obaj znali słowa kończące każdą zwrotkę: „Wojacy we Flandrii, biada wam, ach, biada, kostucha karego rumaka dosiada”. Potem popatrzyli w stronę katedry, której wieże górowały nad kamienicami przy Schiffslände.
Opowiadałam moim kolegom o tej pamiętnej, trochę jakby przedpotopowej parze. Zarezerwowałam spokojne pokoje w hotelu „Pod Bocianem”. Tam przesiadywaliśmy, najczęściej na pięterku rótisserii, z widokiem na Limmat, ratusz naprzeciwko i kamienicę „Pod Ogarem”. Pan Remarque - wówczas w sześćdziesiątym siódmym roku życia — przyjechał z Locarno. On, widać, że światowiec, wydał mi się wątlejszego zdrowia aniżeli czerstwy pan Jünger, który skończywszy niedawno siedemdziesiątkę miał uderzająco sportowe ruchy. Zamieszkały na ziemi wirtemberskiej, przybył przez Bazyleę, mając za sobą pieszą wędrówkę przez Wogezy do Hartmannsweilerkopf, o który kiedyś toczono krwawe walki.
Nasza pierwsza rozmowa zaczęła się dość opornie. Moi panowie „świadkowie epoki” z dużą znajomością rzeczy rozprawiali o szwajcarskich winach: Remarque chwalił gatunki tessińskie, Jünger na pierwszym miejscu stawiał dole z francuskojęzycznych regionów. Obaj wyraźnie starali się czarować swoim dobrze zakonserwowanym wdziękiem. Zabawnie, ale i drażniąco wypadały ich próby zagadywania mnie w szwajcarskim dialekcie. Ale potem gdy zacytowałam początek często w czasie pierwszej wojny światowej śpiewanej pieśni - „Flandryjski taniec śmierci” - której autor pozostał anonimowy: „Śmierć jedzie na karym rumaku, śmierć goni każdego wojaka”, najpierw Remarque, a niebawem także Jünger zanucili przejmująco smutną melodię; obaj znali słowa kończące każdą zwrotkę: „Wojacy we Flandrii, biada wam, ach, biada, kostucha karego rumaka dosiada”. Potem popatrzyli w stronę katedry, której wieże górowały nad kamienicami przy Schiffslände.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)